Pierwsze kroki młodego pisarza


 

  Creative Commons by notashamed

Dobry twórca przed przelaniem swoich pomysłów na papier, pozwala im odpowiednio długo dojrzewać w podświadomości, tak aby na poziom świadomości przedostawały się tylko te dobre i wartościowe.

Przy okazji wystąpienia na konferencji USENIX’03 amerykański pisarz science-fiction Neil Stephenson opowiedział interesującą i zabawną historię o tym jak napisał swoją pierwszą książkę. Zdarzyło się to w gorący, letni dzień w Iowa City. Neil miał wtedy regularną pracę, ale przeczuwał, że to właśnie pisarstwo może być dla niego tym właściwym zajęciem. Napisał próbkę - streszczenie fabuły, opis układu książki, biografie i opisy kilku przykładowych postaci - i zaczął wysyłać ją do wydawców, wyszukanych metodą chybił trafił w książce telefonicznej. Niestety przychodziło bardzo dużo odmów. W końcu, jeden z agentów stwierdził, że zaintrygowała go proponowana fabuła oraz postaci i poprosił o resztę powieści. Kiedy po krótkiej euforii powróciła rzeczywistość, Neil zdał sobie sprawę z faktu, nie było jeszcze żadnej powieści. Musiał ją dopiero napisać.

Wykorzystując cały przynależny mu urlop i wypadające akurat święto niepodległości (4 lipca), Neil miał w sumie do dyspozycji całe 10 dni na napisanie swojej powieści. Wypożyczył maszynę do pisania, zaszył się w swoim pokoju i zaczął stukać. Wkrótce pojawił się jednak pewien problem. Maszyna do pisania wykorzystywała plastikową taśmę, a był to lipiec i w pomieszczeniu było bardzo gorąco, dlatego plastik zmiękł i zrobił się lepki. Jedynym rozwiązaniem zapobiegającym sklejeniu i zablokowaniu się taśmy było utrzymywanie jej w ciągłym ruchu. A jedynym sposobem utrzymywania jej w ciągłym ruchu było bezustanne naciskanie klawiszy. Neil nie miał więc czasu na jakiekolwiek przemyślenia. Musiał ciągle stukać w klawisze i pisać pierwsze rzeczy, które przychodziły mu do głowy, co wpłynęło na jego produktywność w sposób wręcz niewiarygodny.

Skończony maszynopis wysłał do wydawcy. Odpowiedź była wprawdzie negatywna, ale wydawca stwierdził, że praca jest mimo wszystko interesująca i choć on nie może jej wydać, to ktoś inny na pewno to zrobi. Koniec końców Neal znalazł odpowiedniego agenta, potem wydawcę i wreszcie opublikował swoją pierwszą książkę: The Big U. Był to rok 1984.

I tak właśnie zaczęła się kariera Neila Stephensona. Został zawodowym pisarzem oraz zaczął myśleć o swojej kolejnej książce. Aby móc o sobie powiedzieć, że nie jest pierwszym lepszym obibokiem, ale rzetelnym produktywnym rzemieślnikiem, postanowił wykorzystać jakiś system pisania książek. Zdecydował się na “metodę destylacji”. Mówi ona, że aby napisać książkę musisz zacząć od dużego, bardzo obszernego brudnopisu. Następnie go destylujesz, czyli przepisujesz, przycinasz, wyrzucasz kiepskie i mało wartościowe elementy, aż pozbędziesz się wszystkich słabych lub niedobrych fragmentów, a sam szkic nabierze rozmiarów właściwych dla powieści. Koncepcyjnie proces ten przypomina metodę robienia dobrej whiskey, z dużej ilości kiepskiego piwa, stąd nazwa.

Neil spędził więc kolejny rok pracując nas swoim szkicem. Kiedy wreszcie zaczął go destylować, dokonał dość ponurego odkrycia. Dobre fragmenty, były tak bardzo powiązane z olbrzymimi porcjami kiepskiego tekstu, że w praktyce było niemożliwe ich oddzielenie. Neil wpadł w panikę i szybko przepisał całą powieść na nowo, a następnie szybko ją opublikował, już bez zbytnich korekt edycyjnych. Częściowo było to możliwe dlatego, że nie trzeba było nic przycinać. Rozmiar powieści od razu odpowiadał docelowemu.

W tym momencie Neil uznał, że znalazł właściwy dla siebie pracy, mianowicie, że należy pisać “dobrze” już za pierwszym razem. Przy okazji odkrył też, że lepsze fragmenty powstawały w godzinach porannych, a te gorsze po południu. Dlatego zaadaptował nowy regulamin pracy: zdecydował, że będzie pisał tylko rano. Natomiast aby produktywnie wypełnić resztę dnia, będzie pomagał przyjacielowi jako robotnik budowlany. Koncepcja sprawdziła się zaskakująco dobrze. Fizyczna praca na budowie stała się polem do działania podświadomości. To w tym czasie rodziły się nowe pomysły. Niektóre z nich kolejnego poranka osiągały stan świadomych koncepcji, dzięki czemu mogły zostać zapisane i wykorzystane w powieści.

Neil odkrył jeszcze inną, bardzo pomocną technikę, którą nazwał metodą wiecznego pióra. Największą zaletą wiecznego pióra jest to, że pisanie nim jest… powolne. Pomysły zwykle pojawiają się szybciej niż jesteśmy w stanie je rejestrować na papierze lub klawiaturze. Dlatego stopniowo akumulują się w buforze podświadomości. Oczekując tam, wchodzą ze sobą w interakcje i się oczyszczają. Jeśli opróżni się swój bufor zbyt szybko, wtedy nie pozostawia się nowym koncepcjom wystarczającej ilości czasu na dojrzewanie. W efekcie otrzymuje się niedojrzałą twórczość. To dlatego z punktu widzenia jakości tekstu, tak ważne jest powolne lub wręcz odręczne pisanie. Trzeba jeszcze dodać, że Neil w podobny sposób myśli o prowadzeniu prezentacji za pomocą przygotowanych slajdów. W jego opinii własnoręczne pisanie na tablicy daje zarówno nauczycielowi jak i uczniom jakże istotny czas na gruntowne przemyślenie i zrozumienie zagadnienia.

Jakie można wyciągnąć z tego wnioski?

  • znaj swój cel - skoncentruj się od razu na pisaniu tego co powinieneś. Nie zakładaj, że jak napiszesz cokolwiek to potem coś się z tego wybierze. Zwykle cokolwiek jest słabej jakości i niewiele da się z tego wybrać.
  • znajdź optymalny dla siebie czas pracy umysłowej - niektórzy wolą mysleć rano, innym nadogodniej poźnym wieczorem. Ustal jak to jest w Twoim przypadku.
  • pozwalaj swoim pomysłom dojrzeć - wpadł Ci do głowy jakiś pomysł? Więc na jakiś czas “włóż go do szuflady” zanim podejmiesz akcję. Zdziwisz się, jak leżakowanie wpływa na sposób postrzegania. Nabierzesz dystansu, a przez to Twoje decyzje będą bardziej trafne.
  • ruszaj się i ćwicz - jeśli Twoja praca jest w przeważającej części umysłowa, odpoczynek powinien być jak najbardziej fizyczny. Nie spodziewaj się, że po całym dniu siedzenia przed komputerem nad analizami, wieczorem zrelaksujesz się sięgając po Hemingwaya. Niekoniecznie musisz pracować na budowie, ale nie zaszkodzi rozruszać trochę mięśnie.

Na podstawie notatek z prelekcji Neil’a Stephenson’a wygłoszonej na konferencji USENIX’03, znalezionych przeze mnie via Lifehacker.

Zobacz także:
Neal Stephenson - oficjalna strona pisarza

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS              Komentarze

Piękny umysł

Sawanci (franc. sawant - uczony) to ludzie obdarzeni nadzwyczajnymi umiejętnościami. Zdolności ich umysłów przekraczają granice ludzkiego pojmowania, a czasem i wyobraźni. Czyż nie zapiera tchu w piersi liczba π wyrecytowana z pamięci z dokładnością 22500 (dwadzieścia dwa i pół tysiąca) miejsc po przecinku, albo skomplikowane obliczenia matematyczne przeprowadzane w pamięci z precyzją setek liczb po przecinku? Tudzież bezbłędne zrekonstruowanie z pamięci obrazu lub melodii po jednokrotnym zobaczeniu/usłyszeniu. A co powiecie na nauczenie się nowego języka w tydzień?

Już samo istnienie takich osób uświadamia nam jak wielka potęga drzemie w głębi ludzkiego umysłu. Jak wiele jest jeszcze do poznania.

Niestety, rzeczywistość sawantów wcale nie jest tak różowa… ich niezwykłe zdolności często odkupione są poważnymi zaburzeniami umysłu w innych zakresach. W zasadzie wszyscy geniusze-idioci, jak często określa się sawantów, cierpią na poważne zaburzenia i różne formy autyzmu, które nierzadko powodują całkowitą utratę zdolności do funkcjonowania w społeczeństwie i narzucają potrzebę nieustannej opieki.

Zamieszczony poniżej film p.t. The boy with the incredible brain opowiada historię Daniela Tammeta. Sawanta, wysoce uzdolnionego matematycznie i językowo, którego choroba, w mniejszym niż to zazwyczaj bywa stopniu, odcisnęła się na komunikatywności. Pozwoliło to z pierwszej ręki dowiedzieć się jak działa umysł geniusza-idioty. Daniel jest chyba najbardziej znany ze swojego wystąpienia na żywo w islandzkiej telewizji, kiedy to podjął wyzwanie nauczenia się w tydzień języka islandzkiego uważanego za jeden z najtrudniejszych do opanowania języków na świecie. Po siedmiu dniach intensywnej pracy pokazał się w studiu, porozumiewając się i swobodnie odpowiadając na pytania po islandzku. Fakt, że Daniel nie ma problemów z komunikacją sprawił, że dla naukowców badających mechanikę funkcjonowania umysłu, stał się on nieocenionym źródłem informacji na temat sposobu myślenia sawantów. Niektóre źródła określają go wręcz kamieniem z Rosetty współczesnej neurologii. Zapraszam do obejrzenia tego fascynującego reportażu.

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS              Komentarze

Trenuj jak Bruce Lee

Przytoczony poniżej fragment odnosi się wprawdzie do treningu sztuk walki, ale taki upór, determinacja i poczucie celu, jaki reprezentował sobą Bruce Lee pozwala odnieść imponujący sukces w dowolnej dziedzinie życia. Dlatego cokolwiek trenujesz, bierz przykład z mistrza…

“Podczas kręcenia zdjęć w Hong Kongu na przełomie 1971 i 1972 roku, Bruce kazał przesłać sobie pocztą cały swój sprzęt oraz ekwipunek treningowy” wspomina Ted Wong, który poznał Lee w 1967 roku i ćwiczył z nim przez ponad sześć lat. “Chciał pozostać w formie, dlatego gdy zapakowaliśmy jego rzeczy nie było tam żadnych ubrań. Bruce powiedział, że może kupić sobie tanie ciuchy w Hong Kongu. Spakowaliśmy tylko jego ekwipunek treningowy. Kiedy zobaczył te wszystkie torby pełne sprzętu, zaśmiał się i powiedział: ‘Teraz dopiero to będę mógł potrenować’. (…) Bruce zawsze stawiał trening na pierwszym miejscu” mówi Wong. “Trenował bezustannie. Kiedy oglądał telewizję lub szedł do kina, wzmacniał kostki dłoni. Kiedy prowadził samochód, trenował chwyt. Jeśli szedł do księgarni, a droga prowadziła w górę, zawsze biegł. Nigdy nie tracił czasu.”

Skąd taka determinacja? Po pierwsze według Bruce’a Lee, trening był istotny ponieważ bez niego nie można wykorzystać pełni swoich możliwości. “Lee czuł, że nie będąc w formie, nie ma mowy o uprawianiu sztuk walki” mówi Wong. “Jeśli nie jesteś w formie, nie możesz być w 100% efektywny.” Po drugie, Bruce Lee zawsze stawiał sobie ambitne cele. “Chciał być najlepszy” mowi Wong. “Chciał być mistrzem sztuk walki.” I trudno nie zgodzić się, że nim był.

Większość ludzi kojarzy i pamięta Bruce’a Lee ze względu na jego nieomal nadludzkie umiejętności fizyczne, które wielokrotnie demonstrował w swoich filmach. Potrafił np. podciągnąć sie 50 razy na jednej ręce, złapać ziarenko ryżu w locie używając pałeczek, a jego uderzenia były tak szybkie, że pojawiały się trudności w zarejestrowaniu ich nagrywając z normalną prędkością 25 klatek na sekundę (poczytaj więcej o jego niesamowitych umiejętnościach). Oprócz tego przykładał olbrzymią wagę do rozwoju własnego umysłu. Studiował m.in. filozofię, psychologię oraz dramat. Jego prywatny księgozbiór liczył ponad 2500 książek z różnych dziedzin. Dużo myślał, jego wypowiedzi często miały charakter filozoficzny. Wiele doskonale wpisuje się w szeroko rozumianą problematykę rozwoju osobistego, dlatego przytoczyłem poniżej kilka cytatów.

Bruce Lee opowiada o swojej filozofii

  1. Czy zdajesz sobie sprawę, że to co myślisz jest obrazem Twojej rzeczywistości?

    “Staniesz się tym o czym myślisz.”

  2. Prostota, prostota, prostota… upraszczaj swoje życie w każdej dziedzinie, pozostaw to co jest naprawdę istotne.

    “Nie chodzi o codzienny przyrost, ale codzienny ubytek. Wyeliminuj wszystko to co jest zbędne.”

  3. Najwięcej o sobie, dowiesz się współpracując z innymi.

    “Poznać siebie, oznacza obserwować siebie w interakcji z innym człowiekiem.”

  4. Nie buduj barier. Nie twórz podziałów.

    “Nie zastanawiaj się kto ma rację, kto się myli, ani kto jest lepszy czy gorszy. Nie bądź ani za, ani przeciw.”

  5. Nie wystawiaj sobie oceny na podstawie subiektywnej opinii innych.

    “Nie żyję na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania, tak jak ty nie żyjesz po to aby spełniać moje.”

    “Popisywanie się, jest dla głupca wyobrażeniem chwały.”

  6. Działaj! Bądź proaktywny!

    “Do diabła z okolicznościami; Sam tworzę sobie możliwości.”

  7. “Jeśli spędzasz zbyt wiele czasu myśląc o czymś, nigdy tego nie dokonasz.”

  8. Bądź sobą!

    “Zawsze bądź sobą, wyrażaj siebie, miej wiarę w siebie, nie poszukuj ludzi sukcesu po to aby stać się kopią ich osobowości.”

Naprawdę szkoda, że tak wszechstronny i inspirujący człowiek odszedł tak wcześnie.

Na podstawie Bruce Lee - The Power of the Dragon (by Justin Frost and Ted Wong) oraz Bruce Lee’s Top 7 Fundamentals for Getting Your Life in Shape (@Positivity Blog).

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS              Komentarze

Gretchen Rubin - Wywiad z autorką blogu Happiness Project

Zadowolony i zachęcony wynikiem pierwszego przeprowadzonego przeze mnie wywiadu z Leo Babauta, autorem blogu ZenHabits, postanowiłem kontynuować udane przedsięwzięcie. Tym razem mam przyjemność zaprosić Was do lektury wywiadu z Gretchen Rubin, pisarką i autorką innego bardzo popularnego blogu - The Happiness Project. Blog ten podobnie jak poprzedni zajmuje się zagadnieniem rozwoju osobistego, ale robi to w unikalnym kontekście - poszukiwania szczęścia w życiu. Pośród innych poświęconych produktywności i rozwojowi osobistemu blogów, podejście Gretchen wyróżnia się oryginalnością i świeżością, co zauważyło i doceniło wielu czytelników (patrz wysokie miejsce w rankingu Technorati - Top 10K).

Dwa tygodnie temu zaproponowałem Gretchen Rubin przeprowadzenie krótkiego wywiadu, niestety inne obowiązki odsunęły cały projekt w czasie. Dziś jest już po wszystkim i mogę z przyjemnością zaprosić wszystkich do lektury. Być może zachęci Was ona do bliższego zapoznania się z blogiem The Happiness Project i innymi pracami autorki.

Szkoda tylko, że nie zdążyłem z publikacją na 20 czerwca, który wg pokrętnych wyliczeń brytyjskiego psychologa Cliffa Arnalla był najszczęśliwszym dniem w roku.

Could you tell our readers, those who are not familiar with you and your works, a few words about yourself?

I’m a writer. I’m working on a book, THE HAPPINESS PROJECT, that’s an account of the year I spent test-driving the wisdom of the ages, the current scientific studies, and the tips from popular culture about how to be happy – I report on what works. As part of my work for my book, I also keep a blog, THE HAPPINESS PROJECT, where I write about my daily adventures in trying to be happier.

I’ve published three other books, plus three horrible novels that are safely locked away in a desk drawer!

I live in New York City with my husband and two young daughters.

So many people look for happiness in their lives and fail miserably. Yet, you have not only succeeded, but also continuously share your thoughts with people around the world! What do you think was the source of your success?

I think that the very fact that I’m sharing my thoughts with people around the world has made me happy. I’ve been able to connect with readers in an entirely way through my blog – something that didn’t really exist when I wrote my other books – and that has made me very happy. I get to hear people’s reactions and suggestions, and these exchanges have been immeasurably useful.

Looking for happiness in life seems to be complicated, never ending task, but you are somehow able to dig through enormous number of subjects ranging from personal development to teaching and even parenting. Could you give away the secret source of your inspiration?

Hmmm…interesting question. I think my core interest is human nature. I find human nature inexhaustibly fascinating, and all my books have been a different kind of examination of that issue. Happiness is an enormous subject within human nature, so it allows me the range to cover everything from nagging to clutter to mortality to love.

You have written hundreds of inspirational posts. If I ask you now to choose your three personal favorites (this should be easier than choosing just one), what would you answer?

Oooh, this is tough! But a fun question to consider. I would probably pick these three:

  1. In which I discover that everyone has a leading role; no one has a supporting role. Or rather, we’re all in both roles all the time.
  2. Seven tips for making yourself happier IN THE NEXT HOUR.
  3. A quiz–are you an over-buyer or an under-buyer?

You’re not only a blog owner. You are also an author of couple of books including biographies of John F. Kennedy and Winston Churchill! What made you to do that transition, I mean from professional author to professional blogger?

My blog is part of the work I’m doing for my next book, THE HAPPINESS PROJECT. I saw that blogging was a new tool for writers, as a way to connect with readers who are interested in the same subject. The tools that exist for bloggers are so excellent and easy that even a person like me – who has little technical knowledge or skill – can put together a blog that works well and that includes many features.

Happiness is a topic particularly well-suited to blogging. I’m not sure I would have been able to post every day when I was writing my biography of Winston Churchill. Or rather, I would have been able to write it, but I’m not sure my thoughts would have resonated with as many people. Happiness is a subject that concerns everyone – or, at least, I would argue, it OUGHT to concern everyone. So that makes it a great subject for a blog. It’s an enormous topic, of wide interest.

Tell us a little about your goals. Where do you see yourself and Happiness Project in a couple of years?

My book is due to come out in late 2009, and I hope that people will be interested in reading it, of course.

Even more important: I’ve become such a believer in all the strategies I used to make myself happier that I’m trying to persuade EVERYONE to undertake a happiness project. Every Friday, on my blog, I write suggestions for other people to consider for their own projects. Every person’s happiness project would look different, but I think everyone could benefit from the process of examining life and bringing about changes that boost happiness. So I hope that as the years pass, I will be able to encourage more and more people to take steps to help themselves to be happier.

Gretchen Rubin@Happiness Project

Also, take a look at The Years are Short (Gretchen Rubin’s one minute movie).

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS              Komentarze

Zastanawiaj się trzy godziny dziennie

Donald Trump jest postacią jedyną w swoim rodzaju. Miliarder, showman, właściciel Donald Trump Organization zajmującej się szeroko rozumianymi inwestycjami w nieruchomości (wieżowce, pola golfowe itp.), ale także producent telewizyjny (Miss Universum, reality show The Apprentice)… długo by wymieniać. Kiedy ludzie tego typu zaczynają dzielić się swoimi doświadczeniami, warto posłuchać. Nigdy nie wiadomo czy nie uda nam się wychwycić czegoś co może się nam przydać.

Oto co Donald Trump ma do powiedzenia na tematy, o których między innymi opowiada ten blog (o wczesnym wstawaniu, pasji czytania oraz potrzebie codziennej refleksji) w swojej książce: Donald Trump i Meredith McIver “Trump: How to get rich”. Ukazała się w Polsce pod tytułem “Jak zostać bogaczem - kulisy życia miliardera” (wydawnictwo Focus).

“Zdałem sobie sprawę, jak bardzo potrzebuję pewnej dawki spokoju - najczęściej około trzech godzin dziennie - żeby utrzymać równowagę psychiczną. Jest to czas, który poświęcam na lekturę i refleksję, a jego efektem są wigor i werwa. W ten sposób zasilam drzemiącego we mnie ekstrawertyka.
Poranek jest dla mnie najlepszą porą na ten rodzaj refleksji. Jestem rannym ptaszkiem, wstaję najpóźniej o piątej rano, co daje mi kilka godzin na przegląd gazet i czasopism - lokalnych, krajowych i międzynarodowych. (…)

Po powrocie do domu zabieram się za lekturę - najczęściej biografii. Lubię czytać o filozofach - zwłaszcza Sokratesie, który podkreśla, że powinieneś postępować tak, jak ci nakazuje sumienie, co znaczy mniej więcej tyle, że trzeba nauczyć się samodzielnie myśleć - filozofia, którą sam wyznaję. Być może nie zwiększy twojej popularności, ale jest niezbędna, jeżeli chcesz, żeby twoje rozumowanie było klarowne; bardzo też pomaga w radzeniu sobie z wszechobecną mentalnością stada.

Czytam, ile mogę, choć ciągle za mało, z uwagi na moje ograniczenia czasowe. (…) Lubię filmy i telewizję jak każdy, ale to czytanie pozwala mi odzyskać siły.”

Choć nie do końca odpowiada mi nonszalancki sposób obnoszenia się Donalda Trumpa, to jednak kultywuje on wiele wartościowych zachowań, których nie można nie pochwalać. Imponuje mi jego nieustanny rozwój i dążenie do zachowania wiecznie otwartego umysłu. Co by nie mówić o Donaldzie Trumpie, jego biznesowy szósty zmysł i podejmowane działania przyniosły mu miliardy (i miejsce pośród 400 najbogatszych osób w USA).

Jeśli chodzi o książkę, to kupiłem ją na wyprzedaży w supermarkecie, trochę sponiewieraną, ale za to za banalną (jak na książki) kwotę 4.99zł. Musiała długo nie znajdywać nabywcy. Kiedy podałem ją kasjerowi, ten zobaczywszy tytuł skwitował krótko: “U nas takie rzeczy nie działają”.

Hmm, może działają, a może nie… w każdym razie nigdy nie zaszkodzi posłuchać co ma do powiedzenia człowiek, który jest właścicielem kilkunastu luksusowych wieżowców w Nowym Jorku i nie tylko, że o prywatnym Boeningu nie wspomnę. Lektura tej książki być może nie podpowie Wam “jak zostać bogaczem”. Dowiecie się za to jak wygląda tydzień z życia miliardera oraz jakie miękkie i twarde umiejętności są potrzebne aby odnieść sukces w Donald Trump Organization. Bardziej wartościowych ponadczasowych wskazówek można się doszukać pomiędzy wierszami. Przeczytać warto, ale względem innych książek Trumpa które miałem okazję przeczytać, oceniłbym ją na trójkę.

Tytuł tego wpisu pochodzi od tytułu rozdziału, z którego zaczerpnięte zostało kilka przytoczonych powyżej zdań.

Zobacz także Donald Trump Blog.

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS              Komentarze

Historia narodzin kina popularnonaukowego

“The First Science Films” by British Film Institute National Archive

Czy wiecie, że jeden z pierwszych filmów, który można zakwalifikować do kategorii popularnonaukowych powstał już osiem lat po wynalezieniu kinematografu? Ludzie właściwie jeszcze nie otrząsnęli się po obejrzeniu pierwszych nagrań wynalazku braci Lumiere, kiedy inny wizjoner, amerykanin Charles Urban, postanowił zaszokować świat jeszcze bardziej. W 1903 roku założył firmę (o dość banalnej nazwie Charles Urban Trading Company), której celem była właśnie produkcja filmów popularnonaukowych. Wyprodukowane wspólnie z Francisem Martinem Duncanem za pomocą mikroskopu nagranie zachowania się roztoczy w kawałku sera było olbrzymim sukcesem. Choć Urban nie był tak naprawdę pionierem filmu popularnonaukowego (różne nagrania powstawały już wcześniej w zaciszu laboratoriów niektórych bardziej ambitnych naukowców), można śmiało powiedzieć, że premiera Cheese Mites (Rozkruszka mącznego) w londyńskim Alhambra Theatre w sierpniu 1903 roku, w praktyce ogłosiła narodziny kina popularnonaukowego skierowanego do masowego odbiorcy. Spowodowała także, co chyba nie dziwi, zdecydowane protesty producentów serów!

Urban zdobywał kolejnych współpracowników i realizował różne jak na tamte czasy niewiarygodne produkcje. Prawdziwy przebój powstał w 1911 roku, a jego autorem był Percy Smith. Trudno w tej chwili wyobrazić sobie szok jaki przeżywali widzowie The Strength and Agility of Insects. Zobaczyć tamtych czasach muchę żonglującą korkiem lub zapałką… albo leżącą na plecach i obracającą kulkę po której chodzi druga mucha (sic!). Coś niewyobrażalnego i trudno się dziwić, że ówczesna prasa dostała szału, a czytelnicy i widzowie zachodzili w głowę, w jaki sposób można tak wytrenować owada. Wszyscy doszukiwali się oszustwa. Tymczasem sekret Smitha polegał na wykorzystaniu jedwabnych nici do unieruchomienia muchy…

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu (po prawej), w którym można zobaczyć fragmenty wymienionych powyżej tytułów oraz kilku innych pionierskich produkcji popularnonaukowych…

Dowiedz się więcej na temat historii kina naukowego czytając Microscopic stars of the silver screen (@New Scientist) oraz na stronie poświęconej Charlesowi Urbanowi i jego pracom.

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS              Komentarze


« Poprzednie wpisy