Strona główna O sobie Archiwum Linki Kontakt

Japonia

8 czerwca 2005

Przygotowania…

Teraz kiedy wszystkie formalności mogę uznać za załatwione, mogę znaleźć chwilę i oficjalnie rozpocząć nowy rozdział swoich pamiętników. Przede mną leży starannie zapakowany bilet lotniczy, ubezpieczenia (niewiarygodnie wysokie… ale nie miałem w tej kwestii specjalnie nic do powiedzenia), paszport i Introduction Card to Japan, który powinien umożliwić bezstresowe przejście kontroli na lotnisku Narita. Pozostaje tylko spakowanie walizki. Na to też przyjdzie właściwy moment. Póki co wolne chwile poświęcam badaniu japońskiej kultury i nauce języka. Zwłaszcza to ostatnie, ze względu na powiew egzotyki, sprawia ogromną przyjemność. O samym języku napiszę może później, jak już nadarzy się okazja do wykorzystania w praktyce nabytych skromnych umiejętności.
Do Yokohamy jadę aby odbyć praktykę w jednym z dużych japońskich koncernów. Firma przyjęła moją aplikację (przez program wymiany praktyk IAESTE), przy okazji zapewniając mi możliwość spędzenia wakacji w jedym z najbardziej egzotycznych krajów dalekiego wschodu. “Wakacje” mogą nie być sformułowaniem zbyt szczęśliwym, biorąc pod uwagę sposób pracy i ilość godzin spędzanych przez japończyków w firmie. Wydaje mi się jednak, że ich podejście do praktykanta będzie nieco swobodniejsze i pozwolą mi od czasu do czasu “urwać się” po ośmiu godzinach, aby pójść do miasta i trochę pozwiedzać.

Pragnę podzielić się swoimi doświadczeniami z Kraju Kwitnącej Wiśni, datego będę tu w miarę systematycznie opisywał swoje codzienne obcowanie z miejscową kulturą. Powinno to być o tyle ciekawsze, że na czas stażu swojego mieszkania użyczyła mi japońska rodzina. To fantastyczna wiadomość, ponieważ w ten sposób będę mógł przyjrzeć się codziennemu życiu miejscowych w sposób nieosiągalny dla turysty “hotelowego”.

Mapa powyżej (zapożyczona z multimap.com) przedstawia okolice, którym zamierzam poświęcić najwięcej czasu. O planach turystyczno-krajoznawczych może nie będę teraz pisał, ponieważ trudno przewidzieć czy i jak przełoży się to na realia. Decydujące znaczenie mają czas i finanse. Z ciekawszych atrakcji planuję zdobycie Fuji i odwiedzenie gorących źródeł… nie przepuszczę też największej atrakcji roku, czyli odbywającemu się tuż za rogiem EXPO 2005
Tak więc już wkrótce… Nihon ni ikimasu!

25 czerwca 2005

Jak tam dojechać?

Ponieważ do wylotu pozostało tylko sześć dni, postanowiłem sprawdzić dokładnie dokąd właściwie sie wybieram i co o wiele ważniejsze jak tam się dostać z lotniska Narita. To co na początku miało być niewinnym rzutem okiem szybko przerodziło się w dogłębne, wcale interesujące poszukiwania. Zacznijmy jednak od Yokohamy…

To co widać po lewej to dzielnicowy podział miasta. W Yokohamie jest 18 dystryktów, a jej w miarę dokładne mapy można znaleźć na oficjalnej stronie miasta. Na podstawie otrzymanych adresów ustaliłem, że będę mieszkał w nadmorskim (a właściwie nad oceanicznym) Kanazawa-ku i codziennie metrem będę przedzierał się przez pół miasta, aż do Kanagawa-ku (stacja Nakamachidai, widać ją na mapce u góry), skąd pozostanie mi już tylko mały spacer do budynków firmy, w których będę pracował (co ciekawe po drodze do pracy mijam prawdziwy japoński Game Center!).


Na lotnisku Narita znajdę się o godzinie 10:00 czasu miejscowego. Korzystając z bardzo poręcznego Route Search znalazłem kilka interesujących połączeń kolejowych (autobusy też sprawdzałem, ale są prawie dwa razy droższe). Połączenia te są cecenowo dość atrakcyjne (najtańsze około 1300Y - autobus dla odmiany 4500Y). Poza tym będę wiedział gdzie wysiąść. Na stronie linii kolejowych Keikyu znalazłem pełną listę stacji na odcinku Narita - Yokohama i dalej. Wszystko powoli staje się więc jasne, łącznie z tym co i jak należy zrobić aby kupić bilet i wsiąść do właściwego pociągu. Przykładowa instrukcja obsługi Guide to Keikyu Line nie pozostawia żadnych wątpliwości. Obok na zdjęciu widać jak wygląda taki automat. Cechą charakterystyczną jest niebieski kolor wyraźnie widoczny na znakach i automatach tych linii.

Podsumowując… internet to potęga. Wszystko gotowe. Pozostaje tylko się spakować i w drogę. Kolejne zapiski powstaną już w Japonii… ja mata.

3 lipca 2005

Co nieco o moim pierwszym weekendzie w Japonii…

Ha! Tak wiec już w Japonii i od razu dzień pełen przygód. Już sam przelot był w pewien sposób szczęśliwy i zapowiadał ciekawe przeżycia. Generalnie narzekania na Lufthansę nie sprawdziły się w moim przypadku, ponieważ jakim cudem dostałem tzw. “frequent flyer seat” czyli miejsce dla osób często podróżujących. Oznacza to w praktyce pierwszy rząd przed ekranem pokładowego telewizora i dodatkowe kilkanaście centymetrów na nogi. To bardzo dużo jak się leci jedenaście godzin. Leciało się wiec całkiem przyjemnie, ale na lotnisku stwierdziłem, ze boli mnie w zasadzie wszystko… w tym kilka rzeczy o których nie miałem dotąd pojęcia

Japonia powitała mnie setkami “krzaczków” na lotnisku było jednak dużo obcokrajowców i nie odczuwało się specjalnie kulturowej różnicy. Prawdziwa przygoda zaczęła się później. Musialem bowiem na wlasna reke dostac sie koleja z lotniska do domu rodziny u ktorej obecnie mieszkam. Od razu powiem, ze wszystkie przeglady i plany, ktore robilem w Polsce odnosnie trasy i przysiadek od razu wziely w leb. Latwo jest przeczytac “przesiadka”, trudniej znalezc peron. Wykorzystalem wiec stara metode “koniec jezyka…” i zapytalem w kasie. Dokladnie we wszystkich kasach, bo z Narity kursuja prawie wszystkie kompanie kolejowe pytajac o najtansza mozliwa trase przejazdu. Skonczylo sie na Keikyu Line, dwoch przesiadkach i cenie okolo 1700Y, wiec nie bylo tak zle… no wiec znalazlem peron (bilet w automacie kupila mi pani z informacji… sami wiecie pierwszy raz… teraz juz umiem!) i wsiadlem do wlasciwego pociagu. Wg planu, ktory wydrukowalem jeszcze w Polsce od celu dzielilo mnie okolo 40 stacji. Przesiadka byla w Aoto (druga stacja po Naricie). Wiec wyobrazcie sobie, ze dotarcie do drugiej “kropki” z czerdziestu zajelo godzine! Mine mialem nie tega, ale potem nie bylo juz tak zle. Po trzech godzinach z hakiem wysiadlem na Mutsuura Eki (Eki oznacza stacje) i stanalem przed kolejnym problemem.

Co dalej!?
Nie zazylem dostac zadnych dodatkowych informacji od mojej “host family”. Mialem tylko adres. Poniewaz miejscowy system adresowy rozni sie nieco od naszego, wcale nie bylo to proste. Miasto jest podzielone na dzielnice. Dzielnice skladaja sie z czegos w rodzaju osiedli, natomiast osiedla maja swoje domy. Moim celem bylo najpierw znalezienie osiedla na ktorym jest dom moich gospodarzy, ale nikt nie potrafil mi pomoc. Generalnie przechodzilem od skrzyzowania do skrzyzowania pytajac przechodniow gdzie dalej. Po japonsku, w zasadzie nikt nie chcial po angielsku rozmawiac, albo okazywalo sie ze moj japonski jest lepszy (uch!). Bylo naprawde zabawnie, abstrachujac od faktu ze ciaglem wszedzie dwudziestokilowa walizke. Apogeum absurdu osiagnalem w momecie jak pewien japonczyk zaprowadzil mnie do policyjnej budki. W srodku zwykle ktos siedzi, tym razem jednak policjant byl na patrolu, wiec moj przygodny dobroczynca wykrecil numer centrali (telefon stal na biurku), po czym wyjasnil oficerowi, ze jest tu gaijin i szuka takiego i takiego miejsca, po czym przekazal sluchawke mnie. Po chwili rozmowy uslyszalem, ze powinienem isc… na polnoc!!! Dobre sobie… gdzie do diaska jest polnoc?

Dom rodziny Tsubouchi. Tutaj mieszkałem przez cały okres pobytu w Japonii.

W koncu po mniej wiecej godzinie bladzenia pomiedzy domami (po czternastu godzinach samolotami, trzeba pociagami i targajac dwudziestokilowa walizke) dotarlem na miejsce.
Moi gospodarze, rodzina Tsubouchi to dwoje przemilych ludzi majacych dwojke malych dzieci - Yuku (chlopiec 1 rok) i Fu-chan (dziewczynka 5 lat). Maly jak to maly na etapie chodzenia i gaworzenia. Natomiast dziewczynka niewiarygodnie zywotna… zostalem uznany wujkiem (onii-chan co dokladnie oznacza u dzieci starsza osobe) i juz nie ma problemu. Dlaczego o tym pisze… otoz nie wyobrazacie sobie jak fajnie dyskutuje sie z nia po japonsku! Na moje ograniczone umiejetnosci jest to niewiarygodny trening!

Wszyscy sa bardzo mili i byli juz przygotowani na moje przybycie. Mam swoj wlasny pokoik na pietrze i spie tradycyjna metoda na materacu na podlodze. W pokoju jest klimatyzacja wiec jest bardzo przyjemnie… zreszta narazie pada i wcale nie jest tak goraco. Za jakies dwa tygodnie skonczy sie pora deszczowa, wtedy na pewno sie przyda takie urzadzenie. Poniewaz mnieszkam z japonczykami musze sie stosowac do miejscowych zwyczajow. Z braku czasu teraz napisze o dwoch… kapiele i smieci. Jesli chce sie wziasc kapiel trzeba sie najpierw dokladnie wymyc i wyplukac. Odpowiednik naszej wanny sluzy bowiem wszystkim i wolno z niego korzystac tylko bedac dokladnie wymytym. Jak sie myc? Otoz jest krzeselko, miska i prysznic… siadamy, namydlamy splukujemy i na koncu przysznic. Dodam, ze temperature wody mozna regulowac komputerem… w koncu to Japonia, nie? Drugia sprawa to segregacja smieci. To co jest ciekawe to nie to jak sie je segreguje, ale jak wyglada ich wywozka! Kilka razy w tygodniu przyjezdzaja rozne smieciarki i zbieraja smieci roznego typu. Organiczne czesto, plastiki dwa razy w miesiacu. Sa na to wyznaczone dni… w poiniedzialki to, w piatki tamto. Na lodowce wisi dokladny grafik… generalnie traktuje sie tu te sprawy bardzo powaznie.

U Krzyśka i Elaine.

Niedziele spedzilem na miescie z Krzyskiem i Eleine. Mieszkaja tu na stale, wiec polazilismy troche po centrum, po Minato Mirai i Kannai. Bardzo przyjemne popoludnie. Zahaczylimy o restauracje (mam wiec za soba druga kulinarna ciekawostke po Sushi - Ramen). Ramen to miska wypeniona zupa, makaronem i roznymi dodatkami. Je sie to paleczkami i pomaga sobie taka krotka, ale gleboka lyzka. Pycha. Do tego bylo nieco Sushi i kufelek piwa - zamarzniety (kufel nie piwo rzecz jasna)!!! Pochodzilismy troche po sklepach i musze stwierdzic, ze jest co ogladac. Rzecz jasna w pierwszej kolejnosci wypadl sklep z komputerami i akcesoriami do nich i musze powiedziec, ze jest na co popatrzec. Zabawki iscie niewiarygodne, i choc ceny tez na pierwszy rzut oka nie zachecaja… to tego typu high end tech sprzet w Polsce kosztuje lekko dwa razy wiecej. Poki co jednak wstrzymuje sie z ocenami poniewaz w przyszly weekend jedziemy do Tokio obejrzec najslynniejsza w Japonii dzielnice sklepow, ktorej nazwy jak na ironie nie pamietam. Wtedy sie zobaczy. Na koncu poszlismy na kawe i piwo na Kannai. W miedzyczasie lunelo porzadnie, ale generalnie nie jest zimno. Bylo to raczej porzadne orzezwienie niz rzeczywista ulewa.

Oprocz zwiedzania i poznawania Yokohamy, dzis nauczylem sie korzystac z systemu kolei i metra… choc nie bylo to do konca planowane. Otoz firma kupila mi bilet na odcinek praca-dom. Niestety wazny od poniedzialku, a wiec od jutra. Musialem wiec sam rozgryzc jak dzialaja automaty biletowe kolejki i metra. Pierwsze wrazenie moze bylo straszne, ale “w tym szalenstwie jest metoda” i juz nie ma problemu.

Moglbym jescze sporo napisac o ciekawych obyczajach z ktorymi sie jak dotad zetknalem, wole jednak dawkowac te wszystkie nowinki po troche. Jest to tak niesamowity szok kulturowy, ze trudno sobie wyobrazic. W zasadzie wszystko trzeba poznawac na nowo. Jak korzystac z lazienki, toalety (naprawde niezly numer! ale to nastepnym razem), pociagu… koncze teraz bo jutro pierwszy dzien w pracy, wiec musze odpoczac… oyasuminasai (dobranoc!)

5 lipca 2005

Wilgotnosc powietrza 70%…

Powietrze jak w saunie, a deszcz choc wisial przez caly dzien nie spadla ani kropla. Rozgladalem sie i kurcze bylem jedynym z parasolka. Autochtony wiedzialy, tylko biedny gaijin sie wyglupil. Ale, ale… mam juz za soba dwa dni pracy i to o nich chce dzis napisac.

Wszystko zaczelo sie wczesnie rano od wyprawy kolejka, a potem metrem. Wlaczajac czas przesiadki i spacer ze stacji do firmy zajmuje mi to godzine i czterdziesci minut. Niezle co? Drugie tyle spowrotem… i to w szystko w stylu “puszka sardynek”, czyli nos w nos z tlumem ludzi, ktorzy cala droge udaja ze siebie nie zauwazaja. Nagle widoki za oknem (czytaj sciana metra) sa strasznie interesujace, ze nie wspomne o reklamach pod sufitem (najlepsze miejsca reklamowe!). Jak dotad jeszcze nie widzialem slynnych japonskich “upychaczy ludzi do wagonow”… ale w Tokyo podono jest to norma. Dzis widzialem za to “wagon dla kobiet” (tak wynikalo z tabliczki), ale, ze pozwole sobie na ten kolokwializm, panowie to olewaja i laduja do srodka (w pozostalych i tak nie mam miejsca). O samych kolejkach mozna pisac ksiazke, wiec narazie odkladam ten temat i przejde do meritum czyli do pracy!

RICOH - Centrum Badań i Rozwoju w Yokohamie.
Tutaj właśnieprzez dwa miesiące odbywałem staż.

Dotarlem na miejsce niezbyt wygodnie, ale bez wiekszych problemow. Najpierw obejrzalem krotki film o firmie na gigantycznym plazmowym telewizorze (pol metra wyzszy ode mnie). Dziesiec minut o tym jakie to nowoczesne technologie opracowuja moi nowi pracodawcy. Nastepnie mialem pogadanke z kadrowa i kilkoma czlonkami zespolu, ktorego mialem za chwile zostac czlonkiem. Podpisalem cyrograf (Confidentiality Agreement), dostalem karte dostepu do biura (i darmowych posilkow!) oraz sliczny identyfikator ze zdjeciem (skanowane… wygladam strasznie). Na dzien dobry dostalem laptop - szczerze mowiac dziadowski, ale podobno nie mieli innego z angielskojezycznym Windowsem. Moim pierwszym zadaniem bylo skonfigurowanie sobie komputera. Wpinam wiec lobuza do sieci i po trzydziestu sekundach wyskakuje mi zamykanie systemu (slynne 60 sekund… Sasser rządzi. Dla niezorientowanych… Sasser to taki bardzo przykry wirus, tzw. robak.). Nie ma to jak korporacyjne sieci komputerowe. Dobrze, ze umialem sobie z tym szybko poradzic. Nieco pozniej przyszedl czas na pogadanke o tym czym bede sie zajmowal. I tak mi uplynal czas do 18:00. Dzis za to mialem spotkanie z szefem oddzialu… glowna osoba odpowiedzialna za moja praktyke. Interesujaca osoba. Opowiadal mi o swojej rodzinie, hobby (astrofotografia!!! - ma strone w internecie, ale posialem chwilowo adres). Rozmawialismy o jezyku japonskim oraz historii kraju. Zaprosil mnie na wycieczke do Kamakury (dawna stolica Japonii w latach 1192 - 1300) i obiecal pomoc w zdobyciu starych map wysp japonskich (jedna z pamiatek ktore zaplanowalem sobie kupic). Pytal mnie o Polske, o to czym sie zajmuje itp. Rozmawialismy bite dwie godziny i gdyby nie to, ze bylo nie bylo bylismy w pracy, rozmawialibysmy jeszcze drugie tyle. Dzis dowiedzialem sie jeszcze jak w ogolnym zarysie bedzie wygladac tu moja praca. Prawdziwa naukowa robota… najpierw plan eksperymentu i wstepne badania. Nastepnie wysuniecie hipotez oraz zaplanowanie serii eksperymentow i przeprowadzenie dowodu. Na koniec wyciaganie wnioskow oraz prezentacja wynikow przed szefowstwem. Jak badania to na powaznie.
Na koniec jeszcze dwa slowa o czasie pracy… od razu rozwiewam wszelkie watpliwosci, co do siedzenia po godzinach. Mam nakaz siedziec dokladnie 7 godzin 35 minut (serio!) i ani chwili dluzej. Tylko co z tego… koncze o 18 w domu jestem o 20:00. Na dodatek padam praktycznie na twarz. bo nawet jesli nie wychodzilem zmeczony z firmy to po ponad poltorej godziny w kolejkach, marze tylko o tym aby sie polozyc.

Obawiam sie, ze o pracy moge powiedziec tylko tyle. Reszta to tajemnica firmy wiec nie bede juz do tego wracal. Postaram sie za to opisywac zycie z Japonii i swoje przygody… np systematyczne walenie glowa w futryny w roznych niespodziewanych momentach (np. w metrze), tudziez kulinarne ciekawostki…

Na zakonczenie opowiem jeszcze o pewnej japonskiej tradycji obchodzonej w najblizszy czwartek. Otoz istnieje legenda, ze posrod gwiazd na obu brzegach Amagawa (Mleczna Droga… w Japonii rozumiana raczej jako rzeka) mieszkaja ksiaze Hikoboshi i ksiezniczka Orihime. Moga sie oni spotkac tylko raz do roku, 7 lipca, ktory to dzien nazywa sie Tanabata. Tego dnia dzieci przygotowuja w szkolach wlasnie Tanabata - sa to ozdobione bambusowe kije (zwane sasa), do ktorych przywiazuje sie zapisane na papierze zyczenia (tanzaku oznacza papier) po czym puszczaja je na rzeke, modlac sie aby dotarly do ksiecia i ksiezniczki, ktorzy sprawia, ze marzenia stana sie prawda. (Jest to bardzo dowolne przytoczenie uslyszanej przeze mnie historii… staralem sie nie przeklamac za bardzo). Juz kilka dni wczesniej wszystkie dzieci modla sie o piekna pogode 7 lipca, powiada sie bowiem, ze jesli beda chmury to ksiazeca para nie bedzie mogla sie spotkac…

8 lipca 2005

I tak sobie minal tydzien…

Szybko, bezbolesnie i po krzyku… pierwszy tydzien na “Dzikim Wschodzie” za mna. Wszystko byloby w porzadku, gdyby do wczoraj nie dokuczala mi zmiana strefy czasowej, co objawialo sie tym, ze calymi nocami nie spalem, zasypiajac dopiero nad ranem (a przeciez o siodmej trzeba wstawac bo do pracy…). Efektem bylo coraz gorszae ogolne samopoczucie, ktoremu nie pomagal wcale fakt, ze na zewnatrz ciagle pada. Na szczescie juz wszystko wrocilo do normy. Spie jak kamien i rano wstaje w swietnym humorzee, pelen energii do poznawania tutejszej rzeczywistosci. Zaluje tylko jednego, skoro rozmawiamy o strefach czasowych, ze w Japonii nieco inaczej rozumie sie pojecie “dnia”. Generalnie w Polsce przestawiamy czas na letni aby miec dluzszy dzien (wiecej slonca). Tutaj to nie obowiazuje, co skutkuje tym, ze swit jest o czwartej rano, a zachod slonca o 19. O 20 jest ciemno, co wyklucza jakiekolwiek zwiedzanie po pracy (abstrahujac od faktu, ze i tak by mi sie nie chcialo…).

Sake podana metodą tradycyjną… w pudełku!

I przez to wlasnie nie za bardzo mam o czym opowiadac… bo nic tylko praca i praca. No to niech bedzie o pracy… a wlasciwie o panujacych tam zwyczajach. Przychodze do pracy o godzinie 9:10 (to akurat wynika z rozkladu jazdy metra - i tak musze wstawac o 7:00). O 11:45 jest lunch - szescdziesiat minut na to aby cos przekasic i troche odpoczac, poniewaz potem juz bez przerwy do 18:00. Z tego powodu za kazdym razem objadam sie do granic mozliwosci, zeby dotrwac jakos do wieczora (w miedzyczasie moge sobie kupic jakiegos “zapychacza”, tylko po co wydawac pieniadze, skoro lunch jest za darmo). Po posilku nastepuje male zebranie w biurze. Wszyscy sie zbieraja i jedna osoba referuje krotko jakis ciekawy zwykle nie zwiazany z praca, a reczej z hobby danej osoby) temat. Wczoraj np. jeden z pracownikow opowiadal o swoich wyprawach na pustynie Gobi (zajmuje sie bowiem hobbystycznie wykopywaniem szkieletow dinozaurow - nie ma to jak ciekawe zainteresowania). Pokazywal zdjecia z wykopalisk i zapraszal do odwiedzenia muzeum w ktorym jest ekspozycja poswiecona tym wielkim gadom.

W czwartek wieczorem zorganizowano z okazji mojej praktyki powitalna impreze. Poszlismy grupa kikunastu osob do tradycyjnego japonskiego pubu. Posilek skladal sie z kilku czesci, ktore byly stopniowo dostarczane na stol. Bardzo chcialbym napisac dokladnie co jedlismy, ale nie zapamietalem ani jednej nazwy - dodatkowo nie jestem biegly w angielskiej nomenklaturze owocow morza, wiec moge tylko powiedziec, ze bylo duzo sushi i ze bylo pycha! Ciekawsza sprawa byl alkohol. Poniewaz jak obyczaj nakazuje, na powitalnej imprezie gosc nie placi, moglem wyprobowac wiele roznych napojow. Bylo w tym i piwo, a przede wszystkim chyba z szesc czy siedem rodzajow sake (m.in. lokalne, ale takze np. sake z Okinawy lub robiona na Kiusiu wodka z ziemniakow o smaku skadinad dobrze nam znanym, choc slabsza…) Ciekawa jest sama procedura. Sake (ta najwyzszej klasy) podaje sie w nastepujacy sposob. Najpierw na stole kladzie sie male drewniane pudelko, w ktorym ustawia sie szklanke. Potem doszklanki leje sie sake, az do przelania. Nalewanie kontynuuje sie do momentu, az pudelko napelni sie po brzegi. Wyija sie najpierw zawartosc szklanki, a nastepnie uzupelnia sie ja przelewajac zawartosc pudelka. Ma moze 14% wiec nie jest to problemem (z tym ze Japonczycy nieco gorzej znosza alkohol… nawet ten slaby). Za to smak jest naprawde orginalny…
Wszystko skonczylo sie o godzinie dziewiatej i z tego co widzialem kilka osob mialo niezle w czubie. W kazdym razie do domu dotarlem po 11:00 i do spania bo rano znow do roboty.

W sobote zaplanowalem sobie wyjazd do Tokyo, ktorego jednym z celow jest Akihabara - slynne Elektryczne Miasto - dzielnica, ktora mozna nazwac wielkim bazarem, z tym, ze handluje sie tu przede wszystkim, a w zasadzie tylko i wylacznie elektronika Wiecej opowiem po weekendzie.

13 lipca 2005

Dalej mokro…

Nareszcie!

Sofmap to jeden z bardziej obleganych sklepów z elektroniką w Akihabarze.

Po meczacym, pelnym wrazen tygodniu, zwykle przychodzi czas na zasluzony weekendowy wypoczynek. Juz nie moglem sie doczekac tych dwoch wolnych dni. Zaplanowana mialem bowiem wycieczke do Tokyo. Umowilem sie z Krzyskiem na popoludniowa przebiezke po Akihabarze - chyba najslynniejszej sklepowej dzielnicy w Japonii. Sklepowej ale szczegolnej, bowiem w jednym miejscu zebraly sie tu dziesiatki jak nie setki sklepow z elektronika. Dla kazdego cos milego. Aparaty fotograficzne, komputery (desktopy i notebooki, zarowno zarowno calosci jak i w czesciach), radiotechnika, oprogramowanie, iPody, male robociki, gry komputerowe, telewizory, odtwarzacze DVD, kuchenki mikrofalowe.itd. itd. itd. Wymyslcie sobie dowolny obiekt w ktorym siedzi procesor, a bedziecie mogli go tu kupic.przy odrobinie szczescia po naprawde okazyjnej cenie. Wrazenie jest kolosalne. Wychodzi sie z jednego sklepu, aby po trzech krokach znalezc sie w nastepnym - nota bene rowniez wielopietrowym. A wszedzie halas, szum rozmow, muzyka, sprzedawcy nawolujacy do kupowania i ludzie ludzie ludzie - tysiace ludzi.

Na koniec dnia mialem jeszcze przygode pogodowa. Jakos tak sie zlozylo, ze zasiedzialem sie u Krzyska i wracalem do domu okolo 23:00. Nie byloby specjalnie o czym mowic (ot wsiadl w pociag i wysiadl), gdyby w miedzyczasie doszczetnie nie zepsula sie pogoda. Wiatr zacinal tak mocno, ze deszcz momentami padal poziomo. Kilka razy ostry podmuch prawie wyrwal mi parasolke - udalo mi sie ja jakos utrzymac, ale rano okazalo sie, ze biedna juz niestety nie nadaje do uzytku. :(

Jeden z symboli Tokyo - papierowe lampy w świątyni Sensoji.

W niedziele wyruszylismy do Tokyo po raz drugi i w tym samym skladzie. swiecilo piekne slonce i nie bylo prawie zadnej chmurki. Na pierwszy ogien tym razem poszla Asaakusa, dzielnica w ktorej znalezc mozna najslynniejsze tokijskie zabytki, w tym przede wszystkim buddyjska swiatynie Sensoji. Na dziedziniec wchodzi sie przez brame zwana Kanainarimon szeroko znana ze wzgledu na zawieszona w niej olbrzymia papierowa lampe - jeden z symboli Tokyo. Sama swiatynia zostala podobno zbudowana przez trzech rybakow, ktorzy pewnego razu wylowili posazek bogini Kannon. Podobno pozniej bogini nawiedzila ich we snie i kazala zbudowac sanktuarium. Obecnie przez dziedziniec swiatyni przetacza sie tysiace osob. Po kilkunastu minutach przeciskania sie sie wielonarodowy (ale w przewazajacej czesci azjatycki) tlum staje sie u progu swiatyni w poblizu wielkiej kadzielnicy. Snujacy sie z niej dym ma podobno wlasciwosci uzdrawiajace, totez wszyscy ktorzy tu przychodza przystaja na chwile dokonujac rytualnego oczyszczenia. Tuz obok jest tez ujecie wody, w ktorym mozna oczyscic swoje cialo (dym z kadzielnicy ma za zadanie oczyszczac umysl). Do obmywania uzywa sie specjalnej chochelki, przypominajacej miedziana miseczke na dwudziestocentymetrowym patyku. Mozna sie z niej napic, obmyc rece czy zamoczyc glowe. Obok oczywistego znaczenia religijnego, rytualne obmywanie ma zasadnicza zalete. Pozwala schlodzic nieco spocona od upalu i duzej wilgoci glowe.
W tym samym kompleksie swiatynnym oprocz buddyjskiej Sensowi, znajduje sie jeszcze chram Shinto i pagoda, a takze dziesiatki jak nie setki straganow na ktorych mozna zakupic najrozniejsze przedmioty.

Japonki ubrane w tradycyjne yukata modlące się przy
chramie shinto, tuż obok świątyni Sensoji.

Sam tlum dodatkowo ubarwiaja przewijajace sie tu i owdzie japonki (sporadycznie rowniez panowie) w yukata (mniej skomplikowana wersja kimona zrobiona z bawelny, w przeciwienstwie do orginalu z jedwabiu).
Dzien pozniej dowiedzialem sie, ze raz do roku przypada specjalny weekend, kiedy do swiatyni pielgrzymuja setki ludzi, bowiem odwiedzenie jej w tym dni sprowadza na czlowieka olbrzymie szczescie. I wiecie co.to wlasnie byl ten weekend!

Z Asakusy poszlismy w kierunku Ueno, chyba najbardziej znanego miejskiego parku w Japonii. Zawsze obleganego przez tlumy, szczegolnie zas pod koniec kwietnia, ze wzgledu na kwitnace wisnie sakura. Wtedy to cale rodziny udaja sie na “Piknik pod kwitnaca wisnia” (nie trzeba nawet brac urlopu - spedzony na takim pikniku czas liczy sie japonczykom jako godziny pracy!). Jest jednak inny problem - w tym czasie miejsca na trawniku w Ueno trzeba rezerwowac z ponad miesiecznym wyprzedzeniem! Teraz jest juz po sezonie wiec nie bylo az tak zle i mozna bylo sobie zarowno pospacerowac jak i zwiedzic kolejny kompleks swiatynny, a takze zobaczyc pomnik upamietniajacy pojedynek samurajow popierajacych Tokugawe z przewazajacymi oddzialami nowego utworzonego rzadu (bodajze 1876 rok, czyli wg japonskiego systemu okresow historycznych byl to poczatek ery Meiji). Niestety bylo juz troche za pozno na zoo (zamykaja o 16:00, a szkoda bo jest tu na przyklad Panda Wielka), a do muzeow srednio nam sie chcialo isc. Ruszylismy wiec w strone stacji Ueno rozkoszujac sie zielenia i resztkami spokojnego niedzielnego popoludnia.

Zwykle staram sie opowiadac o miejscowych obyczajach. Tym razem rowniez tak bedzie, a powiemy sobie o ruchomych schodach. Otoz w Japonii podczas korzystania z ruchomych schodow (ktorych jest tu co niemiara) zawsze nalezy stac po lewej stronie. Prawa pozostaje wolna, aby kazdy kto sie spieszy mogl swobodnie sie przedostac. To szalenie praktyczny i bardzo logiczny obyczaj. Szkoda, ze u nas sie go nie praktykuje. A dlaczego lewa? Pewnie dlatego, ze obowiazuje tu ruch lewostronny, co oznacza ze wyprzedza sie po prawej.

Z serii rady praktyczne dla wybierajacych sie do Japonii… jezeli bedziecie tutaj pracowac/odbywac praktyke to koniecznie, podkreslam KONIECZNIE musicie przywiezc ze soba porzadne koszule (zadne tam t-shirty). Minimum piec, po jednej na kazdy dzien tygodnia (latem zalecam krotki rekaw), no chyba ze macie ochote codziennie prac. Tu sie po prostu inaczej nie chodzi do pracy. Marynarke tez generalnie mozna sobie darowac (chyba ze sie cos prezentuje lub ma spotkanie), podobniez krawat. Ale koszula i spodnie do niej to mus. Po drugie musza byc biale (oczywisciemoga byc w paski, kratke itp.) bo wtedy nie widac plam od potu! Niech nikt sie nie ludzi… kazdy ciuch po zalozeniu nadaje sie praktycznie wylacznie do prania.

Wczoraj w firmie byl drobny wypadek… rozwalil sie dziurkacz i dziesiatki konfetti wysypaly sie z pojemnika po dywanie. Wtedy mialem przyjemnosc zobaczyc pewne spryciarskie urzadzenie - robota sprzatajacego o nazwie… Elektrolux! Ta nieduza maszynka wygladajaca jak przydeptana pilka po uruchomieniu zaczyna sunac po podlodze zbierajac smieci - taki inteligentny odkurzacz. Kiedy zblizy sie do sciany lub nogi od krzesla przystaje i zmienia kurs, caly czas odkurzajac. Ech, japonczycy.

17 lipca 2005

Robi sie cieplej i sloneczniej…

Jakis czas temu opowiadalem o hobby mojego szefa, ktorym jest astrofotografia. Jesli macie chec zobaczyc zrobione przez niego zdjecia odleglych galaktyk zapraszam tutaj. Amatorsko zajmuje sie on tez uprawa roznych roslinek. Ich zdjecia rowniez mozecie znalezc na tej stronie, tak jak zdjecie samego autora… ale ale… wszystko jest po japonsku!

Wspominam o tym, poniewaz hobby jest w zyciu praktycznie kazdego japonczyka rzecza niezwykle istotna. Stanowi swego rodzaju wyroznik od reszty spoleczenstwa. Pisalem juz o tym ze jeden z pracownikow dzialu pod ktory podlegam interesuje sie wykopaliskami szkieletow dinozaurow. W tym tygodniu inny opowiadal o ekstremalnym narciarstwie (po dzikich nieprzetartych szlakach poza trasami - podobno odkad raz sie zgubil w gorach nie rozstaje sie z gps’em). Kilka dni temu poznalem rowniez konika moich gospodarzy, a dokladnie pani domu… a jest nim wino. Wyglada to mniej wiecej tak, ze ukonczyla ona specjalny college i dostala swoj pierwszy certyfikat. Teraz ma juz piec (specjaliska w zakresie win francuskich, japonskich, wloskich, angielskich i ostatnio niemieckich), a w piwnicy w lodowkach kolekcje blisko czterystu rozmaitych butelek roznych marek, rocznikow, winnic… Sprawa wyszla kiedy kilka dni temu Tsubouchi-san przyniosla ze spotkania lokalnego stowarzyszenia degustatorow win (byla jakas wieksza impreza promocyjna) osiem roznych butelek naprawde wysokiej klasy win. Pierwszorzedne…

I tak mi beztrosko uplynely dwa tygodnie… ale cos mi sie nie podobalo. Mniej wiecej w czwartek zrozumialem o co chodzi. Zaczalem “rdzewiec”. No, ale to przeciez zrozumiale… jezeli plan dnia wyglada tak jak moj: pobudka, sniadanie, metro, praca (siedzaca!), metro, kolacja, spac. W czwartek powiedzialem dosc i poprosilem Fuchigami-san o pomoc w poszukiwaniach niedrogiej silowni. Mialem jeszcze jeden warunek - musi sie ona znajdowac w bezposredniej bliskosci jednej ze stacji metra, zebym mogl wpadac tam po pracy i nie doplacac do biletow. A bo musicie wiedziec, ze firma kupila mi bilet miesieczny na odcinku dom praca (21000Y!!!). Szybki przeglad strony internetowej Yokohama-shi (doslownie miasto Yokohama) i juz mielismy w reku liste potencjalnych celow. Wybralem okolice Shin-Yokohama (w poblizu stacji Shinkansenow - dla niezorientowanych, to ten super-szybki-i-bajecznie-drogi japonski pociag legenda). Z ciekawych obiektow, w tej okolicy (choc troche dalej) znajduje sie stadion (od paru miesiecy nazywa sie Nissan Stadium) na ktorym w 2002 roku Niemcy oddaly Brazylii mistrzostwo swiata w pilce noznej! W kazdym badz razie nastepnego dnia poszlismy zobaczyc jak ten klub wyglada.
Nie bylo tak zle… pojawilo sie nawet paru gaijinow, nie wyroznialem sie wiec w tlumie. Przyjemnosc ta kosztuje 300Y za trzy godziny (3zl/godz.) wiec tak jak w tanszych silowniach w Polsce. Bardzo zabawny byl jednak poczatek… starsza pani “na bramce” nie mowila ani troche po angielsku. Na szczescie Fuchigami-san troche tlumaczyl. Poniewaz ubrany bylem w stroj roboczy (koszula, spodnie w kancik i pantofle), pani zaproponowala mi wypozyczenie obuwia sportowego (normalna procedura). Szkopul w tym, ze nie znalem swojego rozmiaru wg systemu japonskiego i po ogledzinach wyszlo, ze wg miejscowej miary bedzie to 28, moze 28.5. Ale tu najwiekszy mieli 26! Dobrze, ze mialem ze soba wlasne obuwie.
To kolejna rada, dla wybierajacych sie do Japonii. Jak macie duze stopy, rozmiary powiedzmy powyzej 41, to koniecznie zabierzcie ze soba dodatkowa pare, bo mozecie miec spory problem z kupieniem/pozyczeniem.

W miedzyczasie, po tygodniu pracy nadszedl kolejny weekend - tym razem dlugi, poniewaz w poniedzialek wypada jakies swieto. Niestety nie pamietam jakie i jak tylko sie dowiem zaraz napisze. Na sobote nie planowalem niczego specjalnego… poza pojsciem do fryzjera, bo zaroslem kompletnie. Potem mialem zamiar pojechac do Kannai i isc prosto przed siebie w strone China Town, wielkiej chinskiej dzielnicy w Yokohamie.
Na pierwszy ogien poszedl fryzjer… jakos nie mialem checi placic grubych pieniedzy (od 3000Y w gore) za ten prosty zabieg wiec odpadly wsystkie zaklady w okolicy. Kilka osob polecilo mi rozejrzenie sie za “tysiacjenowkami” - malymi zakladami dzialajacymi wg zasady 1000Y - 10 minut. Szybko i niedrogo, czyli dokladnie to o co mi chodzilo. Nie ma sie co rozwodzic… fryzjer jak fryzjer… no, moze poza jednym detalem. Na koniec pan, uzywajac wystajacej ze sciany rury zakonczonej ssawka dokladnie “odkurzyl” moja glowe. Doslownie.

Tradycyjny ukłon przed rozpoczęciem meczu.

Sobota byla piekielnie goraca. Wilgoc to jedno, ale jak do tego doda sie palace slonce, to wszystkiego moze sie odechciewac. Nie bylo jednak, az tak zle, bo caly dzien dopisywalo mi szczescie. Zaczelo sie od tego, ze automat za 100Y wyrzucil mi dwie, a nie jedna butelke z zimnym napojem. Chwile pozniej przechodzilem kolo Yokohama Stadium (nie, nie tego znanego…
ten jest do gry w baseball), zagladam do srodka, a tam mlodziezowa liga zaczyna wlasnie mecz. Wstep za darmo,
wiec posiedzialem godzine podziwiajac ta wymagajaa precyzji gre, ktorej do dnia dzisiejszego za zadne skarby nie moglem zrozumiec.
Teraz obserwujac na zywo prawdziwy mecz,
w koncu pojalem z grubsza cel i zasady. I powiem jedno… wybicie pilki poza boisko, czyli slynny home run,
ktory tak czesto mozna zobaczyc w roznych fimach o baseball’u wymaga niewiarygodnej sily.
To boisko jest po prostu olbrzymie, tymczasem gracze precyzyjnie rzucaja do siebie pilke kilkanascie kilkadziesiat metrow! Respect!

Jedna z bajecznie zdobionych bram w dzielnicy chińskiej w Yokohamie.

Jak juz nacieszylem sie sportem, przyszedl czas na zmiane klimatu, bowiem tuz za rogiem czekalo China Town - bodajze najwieksze w Japonii. Kompleks kilkunastu ulic, wypelnionych po brzegi restauracjami, sklepami z przyprawami, warzywami, pamiatkami, herbata i innymi dziwnymi rzeczami. Kupilem sobie tu zimna herbate z mleczkiem kokosowym i malymi czarnymi cosiami. Nie wiem czym byly te cosie, a sprzedawca byl eigo ga wakarimasen (nie mowil po angielsku), wiec ostatecznie sie nie dowiedzialem. Owe cosie byly dosc slodkie i dosc duze, wiec do herbaty dodawana byla charakterystyczna rurka o centymetrowej srednicy. Calosc byla naprawde pycha. Bardzo charakterystyczna cecha China Town sa bramy - osiem lub dziewiec bram, umiejscowionych to tu to tam w samej dzielnicy, a takze przy glownych prowadzacych do niej wejsciach. Zaprojektowane zgodnie z kanonami Feng Shui, naprawde ciesza oko bogactwem detali… no i te smoki! Wszedzie! Smok i Feniks… praktycznie na kazdej dekoracji, ozdobie i plaskorzezbie. Przepiekne.

Na koniec zostawilem sobie Shanghai Museum i choc z nieufnoscia spogladalem na napis przy wejsciu “Food Entertainment”. Poza tym 500Y wejsciowki to nie duzo, wiec sie nie zastanawialem i kupilem bilet. Na wstepie dowiedzialem sie, ze wiele sie nie dowiem, bo przewodniczka mowila plynna japonszczyzna. Po pieciu minutach monologu cala grupa (jakies 10 osob) zostala wprowadzona do windy, ktora zawiozla nas na osme pietro - jedyne ktore mi sie podobalo. Zostalo ono przygotowane jako wprowadzenie do podrozy w przeszlosc Chin. Przerozne gadzety z dawnych czasow. Gazety, zdjecia, gry planszowe, pieniadze, dzbanki… i zegary chodzace do tylu. Tak wiec z kazdym krokiem cofamy sie coraz dalej i dalej… schodzimy na pietro siodme i stajemy przez rzedem sklepow z pamiatkami. No myslalem, ze mnie cos trafi… ledwie ucieklem tej hordzie sprzedawcow… ale na szostym na wielkim ekranie leciala chinska opera mydlana (chyba). Interesuja mnie rozne kultury i jest naprawde bardzo niewiele rzeczy na tym swiecie ktorych naprawde naprawde nie potrafie zrozumiec/zaakceptowac… i wlasnie na szostym pietrze dodalem jedna do swojej listy. Przepraszam w tym miejscu wszystkich, ktorzy maja inne zdanie i/lub lepiej ode mnie znaja sie na tych sprawach… ale dla mnie chinskie opery sa PRZERAZAJACE niczmym “poezja Vogonow” z ksiazek Douglasa Adamsa!
A dalej… dalej bylo juz tylko jedzenie. Pozostale pietra wypelnialy przerozne restauracje, a w jednej z nich zjadlem nawet lunch. No ale to mialo byc muzeum! Generalnie to miejsce nie spelnio moich oczekiwan i wyszedlem nieco rozczarowany…

21 lipca 2005

Lato, lato wszedzie…

I tak zupelnie nieoczekiwanie w niedziele zakonczyla sie pora monsunowa i w Japonii rozpoczelo sie prawdziwe lato. Takie z upalami 30 stopni i paskudnym, olbrzymim, robiacym bardzo duzo halasu robactwem, ktore czujac zmiane klimatu zaczelo wylazic z roznych dziur. Naprawde nie wiem co to jest, ale jest jasno brazowe, wielkosci cykady, okropnie halasuje i jest niegrozne dla ludzi (jakis rodzaj zuczka) - tez mi pocieszenie. Zrozumialem dlaczego we wszystkich oknach sa standardowo zamontowane siatki. Brrr.

Posąg Wielkiego Buddy w Kamakurze.

Pierwszy dzien lata spedzilem w Kamakurze - starej stolicy Japonii (w latach 1192-1333). Miejscowosc ta slynie przede wszystkim z Wielkiego Buddy Daibutsu, swiatyn (podobno 65 swiatyn i 19 chramow Shinto) oraz grobowca shoguna. Zaprosil mnie tam moj szef z firmy, ktory chcial tym samym opowiedziec mi troche o historii Japonii i o jej najciekawszych zabytkach. Razem z jego dwojka dzieci (zona niestety nie modla przyjsc) zwiedzanie zaczelismy od Daibutsu, czyli Wielkiego Buddy, ktory jest drugim co do wielkosci (11 metrow wysokosci) Wielkim Budda w tym kraju. Przybywa tu wielu pielgrzymow i turystow, aby oddac mu hold i wejsc do srodka (pomnik jest pusty w srodku!). Ponownie dopisalo mi szczescie… bylo duze zachmurzenie, wiec slonce nie dokuczalo tak bardzo. Zwykle bowiem latem, Wielki Budda zamienia sie w “wielki piekarnik” mimowolnie wzbogacajac wszelakie pielgrzymki o dodatkowy element “pokuty”. Tym razem nie bylo wcale az tak upalnie, a po pieciu minutach w srodku wyszedlem kompletnie zalany potem… naprawde z trudem wyobrazam sobie, ze moglo byc jeszcze gorzej!

Niedaleko od Buddy, niecaly kilometr, znajdowal sie kolejny punkt naszej wycieczki - pochodzaca z siodmego wieku swiatynia Hase Dera, ze slynnym rownie wiekowym posagiem Kannon o jedenastu twarzach. Jest to podobno najwyzsza drewniana rzezba w Japonii (cos kolo 9 metrow) do pieknie pozlacana i doskonale zachowana (jak na ponad 1300 lat). Do glownych zabudowan swiatynnych wchodzi sie po schodach, mijajac po drodze bardzo charakterystyczne male posazki zwane Jizo. Kiedy umiera dziecko rodzice dostawiaja tu posazek, proszac Jizo o opieke na maluchem. Jest tu takze oltarz przy ktorym lezy duzo zabawek, slodyczy i roznych dzieciecych drobiazgow. Obok jest tez charakterystyczna tablica, na ktorej wiesza sie na drewnianych deseczkach zyczenia ema. Na tej konkretnej tablicy rodzice wieszaja swoje prosby o potomstwo piszac imie malucha. Podobno przynosi to szczescie. Ema sa bardzo powszechne i mozna je znalezc w zasadzie we wszystkich swiatyniach. Z innych ciekawych miejsc warto nadmienic swego rodzaju, hmm, obrotwa szafa biblioteczna zawierajaca spisane podstawy buddyzmu zwana kyouzou… wyglada to to jak wielki kabestan, ktory kazdy wyznawca buddyzmu moze/powinien jeden raz obrocic o 360 stopni. Zalozenie jest takie, ze nie kazdy ma czas aby studiowac nauczanie Buddy, ale obowiazkiem kazdego buddysty jest podtrzymywanie i krzewienie wiary. Przeczytanie wszystkiego zajmuje duzo czasu, ale Ci ktorzy nie go nie maja, wystarczy, ze obroca ten “mlyn”. Nie moglem sie wiec oprzec i “przestudiowalem” jedno okrazenie.

Na terenie swiatyni znajduje sie tez restauracja, gdzie mozna niedrogo przekasic cos cieplego (lub niekoniecznie) podziwiajac przepiekny widok na zatoke. W ramach zapoznawania sie z japonska kuchnia, Sakaki-san zafundowal mi tokorotem - podobno bardzo zdrowa dla organizmu, zawierajaca duzo zelaza i mineralow potrawe z wodorostow. Poddany specjalnemu potraktowaniu wodorost, ktorego nazwy niestety nie potrafie powtorzyc, wyglada niczym pokrojona na plasterki meduza. Podaje sie go w occie i mozna sobie doprawic musztarda (ktora byla tak mocna, ze wolalem sobie ja podarowac). Smakuje wbrew pozorom calkiem niezle… wyglada… malo zachecajaco dla europejczyka.

Razem z Sakaki-san i jego rodziną przy moście prowadzącym do Tsurugaoka Hachimangu (daleko z tyłu). Most został zamknięty bo jego łuk jest tak stromy, że bez przerwy dochodziło do wypadków.

Po lunchu udalismy sie do swiatyni Tsurugaoka Hachimangu (Hachimangu to imie boga wojny). Rozciaga sie stad piekny widok na miasto, a prowadzi don dluga ulica, w bardzo charakterystyczny sposob zaprojektowana jeszcze przez szoguna Kamakury. Otoz jest ona na jednym koncu szersza i stopniowo zweza sie zblizajac sie do chramu. Efekt optyczny jest taki, ze kiedy stoi sie na jej szerszym koncu wydaje sie, ze do przejscia jest jeszcze bardzo daleka droga - chodzilo o to aby goscie wladcy mogli odczuc odpowiedni respekt wobec swojego gospodarza. Na miejscu na placu swiatynnym czekala niespodzianka w pstaci rozpoczynajacej sie wlasnie ceremonii zaslubin kekkonshiki. Mialem wiec nieoczekiwana mozliwosc zobaczenia jak odbywa sie to po japonsku. Tak wiec sluzka swiatynna miko (doslownie dziewica swiatynna) wprowadza mloda pare na miejsce obrzedu. Tuz za nimi podaza mistrz ceremonii, kaplan prowadzacy ceremonie zwany kannushi. Mlodzi sa ubrani tradycyjnie… szczegolnie panna mloda, ktora nosi biale kimono (bialy kolor uzywany jest tylko podczas zaslubin), przepasana jest dlugim rowniez bialym pasem obi, a na wierzch ma narzucone okrycie zwane shirouchitake (shiro lub haku oznacza bialy). Wlosy upiete sa za pomoca dwoch charakterystycznych szpilek

Młoda para w tradycyjnych strojach japońskich oraz prowadząca ich świątynna służka.

kanzashi oraz okryte czyms w rodzaju bialej chusty zwanej wataboushi. Po usadzeniu sie mlodej pary i rodziny na miejscach (w tym konkretnym wypadku byl to wygladajacy mniej wiecej jak ogrodowa altanka Maiden - co znaczy scena taneczna… dlaczego i jakie ma on
znaczenie bedzie dalej…) rozpoczyna sie ceremonia, ktorej oprawe muzyczna zapewniaja gagakutai (trzej, nazwijmy ich, muzykanci) grajacy na m.in. na flecie i talerzach. W chwili kiedy mloda para
przekraczala prog z dachu zerwaly sie sploszone golebie (tlum ciekawskich turystow przygladajacych sie ceremonii zrobil z wrazenia dlugie “ooooooch”) co podobno przynosi szczescie. Pozniej bylo dosc formalnie. Na koniec mloda para poswiecila duchom galazki sakaki

(tak, tak samo czyta sie nazwisko mojego szefa… ale pisze sie za pomoca innych znakow kanji - jest powszechne w jezyku japonskim, ze wiele rzeczy czyta sie tak samo i rozroznic mozna je dopiero po zapisie za pomoca kanji), przyrzekajac sobie
wzajemna milosc i wiernosc po wsze czasy i wlozyla sobie nawzajem na palce obraczki. Ten ostatni gest jest w japonii stosunkowo mlody - jeszcze piecdziesiat lat temu obraczek nie uzywano - ma w zasadzie znaczenie jedynie estetyczne - wiazaca jest przysiega skladana za pomoca sakaki.

Po obejrzeniu ceremonii udalismy sie jeszcze do grobowca pierwszego szoguna Kamakury. Sakaki-san raczyl mnie roznymi faktami historycznymi. Kiedy Szogun umarl (1196r) ile mial wtedy lat (57) itp. Pamietam te liczby bo szef kazal mi je samodzielnie odczytac z plyty nagrobnej (zapisane byly japonskimi znakami kanji, a skubany wiedzial co jak co ale liczby juz przeczytam). Najciekawsza jednak byla opowiesc o tragicznych losach Shitzune ukochanej miejscowego bohatera Minamoto Yoshitzune, ktorego zabil brat (shogun Kamakury - wybaczcie ale niestety nie pamietam juz z jakiego powodu… za duzo tych faktow, ale pewnie z zazdrosci…). W kazdym razie Shitzune, ktora byla znana z tego ze umiala niezwykle pieknie tanczyc, musiala tanczyc dla mordercy ukochanego, a scena na ktorej tanczyla to wlasnie wspominany wczesniej Maiden do dzis znajduje sie u stop schodow do swiatyni Tsurugaoka Hachimangu.

Japonka sprzedająca ciasteczka ryżowe osenbei, na jednej z uliczek Kamakury.

Reszte popoludnia spedzilismy chodzac po okolicznych sklepach z jedzeniem i pamiatkami. Sprobowalem (mozna bylo do woli delektowac sie wystawionymi dla klientow probkami) roznych typow wodorostow i kilku morskich zyjatek. Coz moge powiedziec… naprawde smakuje mi miejscowa kuchnia! Ale nie pytajcie o przepisy… wiekszosci nazw nie potrafie powtorzyc, nie mowiac o wyszukaniu angielskich, a co dopiero polskich odpowiednikow! Sprobowalem tez japonskich ciasteczek ryzowych osenbei, ktore po usmazeniu macza sie w sosie sojowym (sos sojowy stanowi tu uzupelnienie 95% potraw) i zawija w jakis wodorost. Lekko slone, chrupiace… pycha. Kosztuja 50Y.

Tego dnia wieczorem w miescie byla jeszcze jedna atrakcja… fajerwerki w Yamashita Koen (koen - oznacza park), ale podarowalem sobie… zmeczony wrazeniami dnia, z glowa naladowana historiami, datami i nazwami, niespecjalnie mialem ochote ogladac sztuczne ognie. Zreszta jak sie widzialo jedne, to sie widzialo wszystkie… czyz nie?

We wnętrzu Dolphin Fantasy w Hakkeijima Sea Paradise.

Jak juz wspomialem ten weekend byl dlugi, poniewaz w poniedzialek wypadlo (juz sie dowiedzialem!) “swieto morza”. Z tej okazji udalem sie wraz ze swoimi gospodarzami do pobliskiego Morskiego Raju Hakkeijima Sea Paradise. Jest to polozony na wyspie park rozrywki polaczony z oceanarium. Mozna tu zobaczyc zywe okazy rozmaitych morskich zyjatek, od kolczatki, przez meduzy i rozmaite rybki, az po rekiny. Przepieknie wyglada “Dolphin Fanstasy” bedacy szklanym tunelem zbudowanym pod basenem z delfinami. Przechodzi sie dolem i oglada dokazujace nad naszymi glowami te piekne morskie ssaki. Jednak najwieksza atrakcje stanowi bez watpienia pokaz tresury - wystepuja m.in. foki, lew morski, kilka gatunkow delfinow i jeden szalony pingwin. Show trwa jakies 45 minut i robi niewiarygodne wrazenie. Oczywiscie oprocz atrakcji wodnych sa tez tradycyjne elementy kazdego parku rozrywki. Mamy wiec wielki roller coaster (z ktorego nie skorzystalem). Jest tez Blue Fall - wysoka na 107 metrow pionowa wieza do “swobodnego spadania” (z ktorej skorzystalem). Siada sie na specjalnym fotelu (tak ze merda sie nogami w powietrzu), ktory jest wciagany na sam szczyt. Widok przepiekny, problem polega na tym, ze winda dziala w jedna strone, a na dole czekaja nastepni… nastepuje wiec krotkie pstryk… klamry puszczaja i leeeeeeciiiiimy! Hamulce dzialaja kilkanascie metrow nad powierzchnia ziemi, ale pierwsze 70 sie po prostu spada jak kamien. Odjazd! Dziewczyny wrzeszcza az echo po zatoce niesie.

Więcej moich zdjęć zrobionych w parku rozrywki Hakkejima Sea Paradise można znaleźć w albumie dostępnym tutaj (@Google Picasa).

Na zakonczenie powiem jeszcze, ze tego dnia znienawidzilem telefony komorkowe z aparatami fotograficznymi. Te male dziadostwa nie maja zbyt dobrych obiektywow i aby zrobic ciekawe zdjecie trzeba byc bardzo blisko. Tak wlasnie stracilem kilka swietnych zdjec (m.in. bawiacych sie pod woda niedzwiedzi polarnych - fantastyczne widowisko), bo w ostatniej chwili wpakowaly mi sie w kadr czyjes lapy z telefonami. Grrrrr!

I jeszcze z ostatniej chwili… firma wysyla mnie do Tokyo na wystawe poswiecona nowoczesnym technikom ograniczania zuzycia energii w gospodarstwie domowym, a wiec np. w urzadzeniach klimatyzacyjnych, lodowkach kuchenkach itp. Jade w godzinach pracy, mam pelny zwrot kosztow przejazdu i lunchu, a na koniec musze przygotowac raport, moze prezentacje. Fajnie nie? A przeciez jestem tu tylko praktykantem.

27 lipca 2005

Przygody…

Dzisiejszy odcinek rozpoczniemy kulinarnie, a to dlatego, ze znow bylem na firmowej imprezie. Tym razem koledzy z pracy zabrali mnie do restauracji innego rodzaju. Mianowicie takiej, w ktorej na srodku stolu znajduje sie goraca blacha, a jedzenie przyrzadza sie samemu. Danie wieczoru stanowilo cos, co japonczycy potocznie nazywaja “japonska pizza” - okonomiyaki. Klient dostaje do reki miske, a w niej kapuste, krewetki, czerwony imbir i jeszcze pare innych drobiazgow. Na wierzchu wbite jest jajko. Do tego dostaje sie duza lyzke, a przyrzadza sie nastepujaco (sam robilem - latwizna!). Najpierw nalezy wszystko ze soba dokladnie wymieszac, a nastepnie wylozyc na goracej blasze, formujac cos w rodzaju omletu. Jak sie przysmazy trzeba sprawnym ruchem za pomoca dwoch specjalnych lopatek, obrocic aby upiec z drugiej strony. Potem polewa sie to dwoma sosami (mieszanke sosu sojowego z czyms oraz majonezem) i posypuje suszonymi wodorostami i jakas ladowa zieleninka. Potem dzieli na kawalki i juz mozna wcinac… pycha!

Przyrządzanie okonomiyaki krok po kroku. Kliknij w miniatury, aby obejrzeć zdjęcia.

Jak juz jestesmy przy potrawach to wspomne jeszcze o warabi - tak sie nazywa miejscowy “slodycz”. Jest to korzen pewnej rosliny (wlasnie warabi), odpowiednio oczyszczony i pociety, wyglada jak male przezroczyste, lekko klejace sie do siebie kulki (takie 1.5 centymetra srednicy). Polewa sie je plynnym “brazowym cukrem” i posypuje sojowym proszkiem. Ciekawy smak… niby slodkie, a jednak nieco inaczej. Paczka warabi spokojnie wystarczy dla 5 osob, a kosztuje 100Y (tyle co puszka napoju z automatu).

Dane sejsmograficzne na temat trzęsienia ziemi - epicentrum zaznaczone krzyżykiem. Pożyczone z yahoo.co.jp.

W piatek wieczorem dowiedzialem sie tez ze IAESTE Japan zbiera chetnych aby wspiac sie w nocy na Fujiyama (yama oznacza gore) i obejrzec ze szczytu wschod slonca. Tego mi nie trzeba bylo dwa razy powtarzac i chwile pozniej dzwonilem do organizatorow, rezerwujac sobie miejsce. Oj… to byla wyprawa. Ale zacznijmy od poczatku.

Mistrz suspensu, Alfred Hitchcock zawsze powtarzal, ze dobra opowiesc powinna zaczynac sie od trzesienia ziemi. No wiec stoimy sobie na przystanku, czekajac na autobus, ktory mial nas zawiezc do stop gory Fuji… a tu nagle… tadam i ziemia ucieka spod nog! Trwalo to moze sekunde… moze poltorej (o godzinie 16:35). Podobne wrazenie ma sie podczas jazdy autobusem, gdy kierowca gwaltownie skreci dwa razy kierownica… lewo prawo i nie wiadomo co sie dzieje. Tu tez… z nienacka grunt przesuwa sie w lewo w prawo i cisza. Bylo troche smiechu i dosc szybko o tym zapomnialem (przytloczyly mnie pozniejsze “doswiadczenia”) … a potem w wiadomosciach mowia, ze to bylo 6 stopni w skali Richtera (ostatnie takie mialo miejsce w 1992 roku!). Wow. Wyjasniam tez szybko, ze nie bylo zadnych ofiar i minimalne zniszczenia. Gdzie jak gdzie, ale w Japonii sa przygotowani na takie “podrygi”. Wszystkie budynki sa tu w odpowiedni sposob budowane, aby znosic tak duze naprezenia. Jedynie pociagi stanely na kilka godzin w celu przeprowadzenia inspekcji torow, czy nie ulegly przypadkiem uszkodzeniu. Jeszcze zanim zaszlo slonce wszystko wrocilo do normy.

Wschód słońca na szczycie Fuji (3776m n.p.m.) - niestety było baaaardzo duże zachmurzenie (cały czas padało) i zobaczyliśmy tylko to co na zdjęciu powyżej.

Ale to dopiero poczatek mojej opowiesci :)
O dwudziestej bylismy przy piatej stacji na gorze Fuji. Od jej stop do szczytu rozmieszczono dziesiec glownych punktow/schronisk (i wiele innych pomniejszych chatek). Pelna dziesiatka przeznaczona jest dla wyczynowcow i pielgrzymow. Turysci oraz osoby w podeszlym wieku zaczynaja od stacji piatej znajdujacej sie na wysokosci okolo 2300 metrow, do ktorej mozna dojechac autobusem - tak zaczelismy i my. Sadzicie, ze to spore ulatwienie? No coz… przypominam, ze Fuji ma wysokosc 3776 metrow, wiec najlepsze i tak mielismy dopiero przed soba. Musicie bowiem zrozumiec jak wyglada wspinaczka na Fuji - nie ma mowy o plaskowyzach, podejsciach i zejsciach. Caly czas rownym tempem (na dodatek w dluuugiej kolejce pielgrzymow i turystow) maszeruje sie niczym po schodach, ktore z kazdym metrem staja sie coraz bardziej strome. I tak przez 1400 metrow roznicy poziomow, co jest odpowiednikiem ponad 400 pietrowego wiezowca! Normalni ludzie w normalnych warunkach pokonuja ta trase w okolo osiem godzin. Normalni…

Najpierw opoznil nam sie start - student z Portugalii spoznil sie na autobus i musielismy na niego godzinke zaczekac. O dziewiatej ruszylismy na szlak.
Zaczal padac deszcz. Lalo rowno, az do szczytu. Szczesciem zapakowalem kurtke przeciwdeszczowa (mialem jeszcze pozyczana zimowa kurtke narciarska, ale ta zostawilem na pozniej - powyzej 3000 metrow temperatura spadla do pieciu stopni i jeszcze padalo). Tak wiec plecak z zapasami i ciuchami. W reku latarka (wejscie bez niej to koszmar… caly czas wchodzi sie po ostrych i sliskich bo morkych, skalach pochodzenia wulkanicznego) i do gory! Poczucie czasu stracilem natychmiast. Wraz z kilkoma Japonczykami, Przemkiem z Łodzi i Michalem z Gliwic wystartowalismy w peletonie naszej grupy, szybko zostawiajac pozostalych snujacych sie wolno gdzies z tylu. Co jakis czas robilismy krotkie przerwy i dalej. Praktycznie przez caly czas wyprzedzalismy wolno drepczace do gory wycieczki. I sluchajcie… teraz najlepsze…

Zziębnięty i przemoknięty… około drugiej nad ranem… nareszcie na szczycie najwyższej góry w Japonii.

dotarlismy na szczyt, w deszczu i w nocy w 5.5h!!! Piec i pol godziny! W zyciu nie zdobywalem zadnej gory w tak szalony sposob, ale tu po prostu nie dalo sie inaczej. Wystarczylo przystanac na piec minut, aby zaraz zrobilo sie zimno i morko. Jedynym rozwiazaniem bylo wiec pozostawanie w ciaglym ruchu - czyli do gory! Na szczycie bylismy dwie godziny przed switem, wiec musielismy zaczekac… oj bylo ziiiimno! Probowalismy zaszyc sie w kilka osob pod palatka i ogrzewac powietrze zapalniczka.

Troche pomoglo, ale przez dwie godziny tak sie nie pociagnie. :) Na szczescie po trzeciej rano otworzono na szczycie pamiatko-restauracje i mozna bylo cos przekasic. Ale pewien niesympatyczny japonczyk, wyrzucil nas na dwor poniewaz za dlugo siedzielismy przy ognisku bez kupowania. No wiecie, ile mozna kupowac kubkow herbaty po 400Y (dwanascie zlotych i jeszcze wypelniony w trzech czwartych! - zdziercy). Zreszta to jest cos co bardzo mi sie tu nie podobalo… zeby wejsc do schroniska trzeba zaplacic wejsciowke! Od 1000Y w nizszych stacjach do 3000Y w tych pod samym szczytem!!! (od 30zl do 100zl) I jeszcze trzeba dodatkowo placic za jedzenie/picie! Grrr…

No to posiedzielismy sobie dwie godzinki na szczycie, po czym wzeszlo slonce… ale niewiele bylo widac, bo wszystko osnuwala gesta mgla. Tak samo gdy probowalem zajrzec do wnetrza wulkanu - widocznosc zero. Zrobilismy sobie kilka zdjec i ruszylismy na dol. Po drodze udalo mi sie zobaczyc jak wyglada zbocze wulkanu w swietle dziennym. Niesamowity widok. Krajobraz iscie marsjanski - czerwona ziemia!

Gdy się nieco przejaśniło spod mgły wyłonił się iście marsjański krajobraz.

Dopiero po zejsciu tysiaca metrow nizej zaczely sie pojwiac pierwsze okazy miejscowej flory. W kazdym razie po kilku godzinach znalezlismy sie na powrot w stacji piatej, skad niedlugo pozniej zlapalismy autobus do… goracych zrodel!

Chcialbym moc napisac, jak nazywala sie miejscowosc, w ktorej zazywalismy kapieli, ale nie mam zielonego pojecia. Zreszta nie spalem od 26 godzin i mialem za soba trzytysiecznik, wiec musicie zrozumiec… Przyjechalismy do jakiegos “osrodka”, w ktorym zaraz nas ugoszczono i wprowadzono do lazienki (fajna… z odsuwanymi drzwiami i wyjsciem na podworko). Panie na wprost, panowie na lewo… poniewaz kapieli zawywa sie tu nago, wiec nie ma mowy o koedukacyjnych lazienkach. Zasady oczywiscie te same jak we wszystkich japonskich lazieknach. Najpierw dokladnie trzeba sie umyc i wyprysznicowac… siedzac na stolku. Potem mozna oddac sie rozkosznej odprezajacej kapieli w jednej z dwoch wielkich wanien (osmiu chlopa weszlo…). Woda ma ponad 40 stopni (geotermicznie!) i cudownie odpreza zmeczone miesnie. Siedzialem tam z pietnascie dwadziescia minut - wiecej sie nie dalo tak goraco.

Po kapieli mozna odpoczac w specjalnym pomieszczeniu. Zaplanowane bylo trzy godziny odpoczynku, ale wiekszosc praktykantow wolala wrocic do domow i odpoczywac u siebie… wiec po drugiej zapakowalismy sie w pociag i pojechalismy w strone Tokio, a potem Yokohamy. Dosc powiedziec, ze mialem najdalej i jechalem 4.5h, trzykrotnie sie przesiadajac. Uff…

Sadzicie, ze to koniec historii? A gdzie tam… we wtorek od poludnia przyszedl tajfun! Co prawda brzmi to znacznie grozniej niz w rzeczywistosci wygladalo, ale to glownie dlatego, ze poszedl bokiem lekko tylko zawadzajac o Yokohame i Tokio (mimo wszystko najmocniej wialo nad Pacyfikiem). Oczywiscie wszedzie pojawily obwieszczenia o zachowaniu srodkow bezpieczenstwa. Takze w firmie kilka razy w radiowezle polecialo ostrzezenie (zreszta dla mnie byl to powod aby pietnascie minut wczesniej do domu pojsc). Powietrze zrobilo sie nie do wytrzymania… w biurze mialem 85% wilgotnosc powietrza! Na szczescie tego dnia siedzialem przez szesc godzin badajac probki mikroskopem elektronowym (niesamowite urzadzenie) - poniewaz to bardzo drogi i czuly na warunki otoczenia sprzet, klimatyzacja chodzila caly czas i bylo tam naprawde bardzo przyjemnie. Musialem jednak zrezygnowac z silowni, bo tajfun mial dotrzec do Yokohamy okolo dziewiatej wieczorem, a ja akurat wtedy bym wracal z treningu.

No i uderzyl. Ha… no spodziewalem sie czegos wiecej, a dostalem troche deszcz i wcale nie tak mocny wiatr. Ot, taka sobie wieksza burza bez piorunow i grzmotow, wyrozniajaca sie tym, ze wiatr zamiast prosto, zawija sie w kolko. Natomiast po dziewiatej zrobilo sie ciekawie gdy na dworze zamarl wszelki podmuch i znalezlismy sie w oku burzy. Po dwoch godzinach zaczelo kropic… a dalej nie wiem bo poszedlem spac. i to tyle jesli chodzi o tajfun… za to nastepnego dnia bylo goraco jak w piekle, a to dlatego, ze tajfun zostawil po sobie strefe wyzu. Czyli na niebie ani chmurki i 35 stopni w sloncu. :)

2 sierpnia 2005

Polmetek…

Widoki z okna kolejki Yurikamone.

Poprzedni tydzien rozpoczal sie z wielkim hukiem, ale zakonczenie bylo spokojne i bez specjalnych “nieoczekiwanych” atrakcji… no moze poza jedna, ale to potem. Tak jak wspominalem wczesniej, firma postanowila wyslac mnie na wystawe “Energy Solutions 2005″ do Tokyo. Pojechalem w czwartek rano. Wszelkie koszty przejazdu mialy zostac mi zwrocone, wiec specjalnie nie przejmowalem sie cena biletu i wybralem trase mozliwie bezposrednia - tylko dwie przesiadki. Jak sie okazalo, wcale nie byle jakie przesiadki :) Pierwsza byla typowa… wyskoczylem z pociagu, poczekalem dwie minuty przyjechal drugi i dalej. W drugim przypadku bylo ciekawiej, poniewaz zmienialem linie. Do Tokyo dojechalem KeiKyu, teraz musialem sie dostac do Tokyo Big Sight - wielkiej hali wystawowej, ktora akurat znajdowala sie po drugiej stronie zatoki. Wsiadlem wiec w Yurikamone… i powiem jedno… jest to droga przejazdzka (biorac pod uwage dlugosc trasy do zaplaconej ceny - bo z drugiej strony co to jest 370Y), ale za to jakie widoki! Sluchajcie! Ten pociag sunie 20 metrow nad ulica, na wysokich slupach przeslizgujac sie miedzy wiezowcami, to w lewo to w prawo. I tak, raz podziwiamy Tokyo Tower, po chwili zatoke, trzypoziomowe trasy przeletowe… a jeszcze chwile pozniej robi wielka petle i wjezdza na najwiekszy most w miescie. Rewelacja… warte kazdej ceny (zwlaszcza jak firma placi!). I tak po pol godzinnej trasie widokowej wysiadlem w poblizu Tokyo Big Sight. Rozmiary tej hali przeszly moje oczekiwania. Gigantyczna, futurystyczna konstrukcja miesci w sobie osiem wielkich pawilonow wystawowych. Zeby zobrazowac jakos ich wielkosc powiem jedynie, ze Energy Solution zajela dwa z nich - spedzilem tam 4.5 godziny i widzialem moze 2/3 ekspozycji, a i to zdecydowanie pobieznie i bez specjalnego wnikania w szczegoly. Za trzy tygodnie tutaj wlasnie odbedzie sie Comiket - plotka mowi, ze najwieksze na swiecie targi komiksu, ktore zajmuja WSZYSTKIE OSIEM pawilonow wystawowych! Poki co nie potrafie sobie tego wyobrazic, ale za kilka tygodni zobacze na wlasne oczy :)

Futurystyczna konstrukcja Tokyo Big Sight.

Wracajac do Energy Solutions - byla to wystawa poswiecona nowoczesnym technikom ograniczania zuzycia energii w systemach klimatyzacyjnych, urzadzeniach grzewczych i chlodnicznych do uzytku domowego. Tematem przewodnim byla pompa ciepla, jej zasada dzialania oraz mozliwosci aplikacyjne. Temat, ktory bardzo mnie interesuje i generalnie bylbym szczesliwy… gdybym cokolwiek rozumial, poniewaz wszystkie materialy byly po japonsku! Tragedia! Tylko jedna z odwiedzonych przeze mnie firm rozdawala jedna ulotke po angielsku (i cala ksiazke po japonsku). Skonczylo sie tak, ze porobilem zdjecia, nazbieralem papierow informacyjnych do poczytania dla swojej firmy, zjadlem kawalek pieczonego kurczaka na patyku i napilem sie kawy. Do tego dostalem w prezencie dwa plastikowe wachlarze, marmolade jagodowa i fajowy BUDZIK z termometrem i wilgotnosciomierzem (super, bardzo pomaga wstawac na czas!). Po wszystkim nie musialem wracac do pracy, wiec czym predzej, uciekajac przed niemilosiernym upalem wrocilem do domu odpoczac.

Dowiedzialem sie potem, ze polska telewizja oglosila jakoby to w Tokio bylo drugie trzesienie ziemi, tym razem 5.1 w skali Richtera. Otoz spiesze z informacja, ze przez caly dzien bylem w Tokio i zadnego trzesienia nie uswiadczylem. Takze japonskie media milcza na ten temat, a znajomi japonczycy robia wielkie oczy gdy ich o to pytam. Czyzby wiec spisek mediow? :)))

Weekend postanowilem przeleniuchowac. W sobote polazilismy troche z Krzyskiem po Yokohamie. W celu przeprowadzenia porownawczego testu odwiedzilismy tez miejscowego McDonalda (zestaw BigMac kosztuje 560Y - prawie 20 zlotych - podobno ostatnio byla obnizka cen) - smakowalo calkiem niezle z tym, ze bylismy praktycznie najstarszymi osobami na sali! :)

No to w górę… wydawało się, że to będzie proste.

W niedziele na osiedlu na ktorym mieszkam odbylo sie omikoshi - jest to obrzed odprawiany raz do roku, polegajacy z grubsza na obniesieniu po calym sasiedztwie kapliczki, tak aby zamieszkujace w niej duchy poblogoslawily domy i daly ludziom szczescie. Wyglada to tak, ze kilkunastu mezczyzn (a moze byc i kilkadziesieciu) nosi zamontowana na specjalnym rusztowaniu kapliczke do gory (wazy na oko od 80 kilogramow w gore, w zaleznosci od ilosc rozmaitych dodatkow)i podrzucajac ja rytmicznie do gory “rozsypuje szczescie” w akompaniamencie dzwonkow i gwizdkow. Dzieci rowniez swietnie sie bawia, bo specjalnie dla nich przygotowana jest zawsze druga mniejsza omikoshi, taka aby daly ja rade uniesc. Za kazdym razem jak ktos wrzuci datek do skarbonki (niesionej na samym przedzie zwykle przez male dziewczynki, a czasem tez przez duze) omikoshi musi sie zatrzymac i porzadnie “wytrzasc”.

Odbywa sie to raz do roku w sezonie letnim (w okolicach swieta Obon) praktycznie w kazdym zakatku Japonii i akurat w ten weekend wypadlo w mojej okolicy, totez razem ze swoimi gospodarzami udalem sie na obchody, aby przyjrzec sie calej sprawie z bliska. I to bardzo bliska, ledwie bowiem zblizylem sie do punktu startu, aby zrobic zdjecie miniaturowej swiatyni, “wylapali” mnie organizatorzy (co specjalnie trudne nie bylo - bylem chyba jedynym nie-japonczykiem w promieniu kilku kilometrow) i bez dyskusji wciagneli na liste do noszenia. W minute zostalem odpowiednio ubrany… zawiazano mi na czole opaske i wkazano miejsce “w szeregu”. Poniewaz noszenie omikoshi to ciezka praca, nie obylo sie rowniez bez kubka sake “na wzmocnienie”… i jazda!

To było małe omikoshi… bardzo lokalne. Te duże są noszone przez czterdzieści i więcej osób.

To osiedle okazalo sie wieksze niz sadzilem. ;) Obejscie go ze swiatynia na barkach zajelo dwie godziny! Poczatkowo nie bylo zle, ale po jakims czasie ramiona zaczynaja bolec od kanciastych desek i juz nie jest tak wesolo. Do tego prawie caly czas trzeba nia potrzasac i podrzucac - co chwile zmienia sie tempo i kierunek marszu. Uff… najgorsze jednak, ze bylem z calej grupy najwyzszy, wiec jakby nie patrzec prawie przez caly czas przypadal mi spory udzial wagowy. No ale nie moglem sie przeciez poddac, w koncu bylem jedynym w okolicy gaijin’em. Na szczescie byly po drodze dwa przystanki, na ktorych mozna bylo sie do woli najesc roznych zakasek (miesa, owocow, slodyczy itp.) i napic piwa.

Po dwoch godzinach wrocilismy na miejsce startu, po czym nastapila kilkugodzinna przerwa na przygotowania do wieczornej zabawy. Wszyscy uscisneli sobie dlonie i podziekowali za ciezka prace. Sake niestety juz nie polewano. Kobiety poubieraly wielobarwne yukata (przypomne… to taka uproszczona wersja kimona, ktora mozna ubrac samodzielnie - do kimona potrzeba pomocy). Byly tance obon (ku czci duchow przodkow), byly japonskie bebny taiko… byly w koncu banany na patyku w polewie czekoladowej i bylo ten niezwykle popularne w Japonii bingo z nagrodami do wyboru. Posrod fantow byly, uwaga… rower, cztery roznej wielkosci wentylatory, parasol ogrodowy, lezak i … 50kg ryzu! Najbardziej jednak ubawil mnie dylemat pewnego malego japonczyka, ktory zastanawial sie czy lepiej rower, czy lepiej wentylator wybrac.

Pracowity tydzien… :)

9 sierpnia 2005

Upal i brak weny…

Żaden nowoczesny samochód (w Japonii, choć nie musi być japoński) nie może obyć się bez komputera z GPSem. Tu akurat widać wnętrze BMW.

Drugi miesiac mojej japonskiej przygody rozpoczal sie calkiem spokojnie. Ochlonalem juz nieco z podekscytowania, ktore przepeplnialo mnie przez pierwsze tygodnie i zarazem stracilem troche wene tworcza… nie bardzo wiem o czym pisac. Praca, choc to jedynie praktyka, jest dosc ciezka i wymagajaca powaznego zaangazowania. Coraz czesciej marze o prawdziwym odpoczynku. W srode dodatkowo humor zepsula mi tez informacja, ze ze wzgledu na wypadajacy w sierpniu wolny tydzien (swieto Obon plus kilka dni wolnego od firmy dla pracownikow), nie dostane tym razem biletu miesiecznego, a jedynie zwrot kosztow przejazdu na trasie dom-praca-dom za wszystkie dni robocze - tak na marginesie to ponad 1000Y dziennie, wiec absolutnie nie kalkuluje mi sie jazda na jednorazowych biletach! Majac taki bilet moge wyskakiwac w czasie weekendu do centrum Yokohamy za darmo… nie trudno sie domyslec, ze specjalnie mi sie to nie spodobalo. Szczesciem zwrot kosztow dostalem juz 3 sieprnia “z gory”, wiec doplacilem dwa tysiace i miesieczny bilet kupilem sobie sam. Poniesiony wydatek zwrocil mi sie juz w pierwszy weekend, wiec zdecydowanie bylo warto.

W piatek Sakaki-san zabral mnie na obchod jednej z fabryk firmy, w polozonej dwie godziny jazdy samochodem od Yokohamy, Atsugi. Byl potworny korek, ale z komputerem i GPS’em w samochodzie, nie stanowil on problemu. Tam gdzie glowne trasy byly szczegolnie zapchane, szef wykrecal takie zakosy przez osiedla, ze bez komputera w zyciu bysmy sie nie odnalezli (na marginesie osiedlowe drogi sa tu niewiarygodnie waskie - czesto jezdnia pelni jednoczesnie funkcje chodnika). No ale jak sie widzi przed soba mape okolicy z dokladnoscia do kilku metrow, z zanaczonymi zakorkowanymi odcinkami i ukladem swiatel itp… to mozna takie manewry przeprowadzac. Dosc powiedziec, ze niecale trzy godziny pozniej znalezlismy sie w Atsugi, a niedlugo pozniej rozpoczelismy obchod po fabryce. A bylo na co popatrzec. Poniewaz japonczycy sa bardzo wyczuleni na punkcie optymalizacji procesow produkcyjnych, co kilka metrow mozna bylo sie natknac na jakas ciekawostke, ulatwienie, uproszczenie. Ot chocby taki drobiazg z tasmy montazowej. Jako ze kazdorazowo pracownik musi przykrecac srubokretem trzy srubki. Wiec zmontowano mu proste urzadzenie z trzeba automatycznymi srubokretami i dzwignia. Teraz przykreca trzy jednoczesnie - szybciej, dokladniej, efektywniej.. No ale to rzeczy jasna drobiazg… duzo ciekawsza byla sprawa transportu plastikowych elementow z odlewni do hali montazowej. Mowimy tu o ogromnej ilosci malych plastikowych “cosiow” (kilkanascie rodzajow elementow), ktore gromadzono w osobnych pojemnikach, aby nastepnie dostarczac je na hale monazowa. Znaczna czesc przestrzeni zajmowaly wiec pojemniki z gotowymi elementami, czekajacymi az zbierze sie odpowiednia ilosc, aby przeniesienie ich do drugiej hali stalo sie oplacalne. Co chwile pojawialy sie drobne problemy… male opoznienia, braki itp. Wymyslono wiec, ze czesc elementow bedzie sie skladac ze soba od razu po opuszczeniu formy. Zlecono badania, aby upewnic sie, ze nie bedzie to mialo negatywnego wplywu na produkt… i teraz w odlewni znajduje sie mala linia montazowa, na ktora trafiaja tasmociagiem jeszcze cieple elementy z prosto z formy. Musieli przemodelowac polowe hali, przenoszac kilka wielotonowych maszyn. Oczywiscie tego typu optymalizacje mozna zobaczyc w kazdej normalnie funkcjonujacej fabryce, nie tylko japonskiej. Tutaj jednak napotyka sie je na kazdym kroku, na co zwracal mi co kilka minut uwage moj przewodnik. Podsumowujac… interesujaca wycieczka.

Słynny most na wprost głównego wejścia na teren Kompleksu
Świątynnego w Nikko.

Za to potem byla impreza… termin wyjazdu do Atsugi nie zostal wybrany przypadkowo - akurat w ten piatek odbywal sie tu pracowniczy Summer Festival. Co oznacza duzo jedzenia, piwa, sake, kilka omikoshi i zabawe do poznej nocy. W poniedzialek dostalem plyte z filmem DVD nakreconym “amatorsko” podczas imprezy przez dyrektora centrum w ktorym pracuje.

W sobote wybralismy sie z Krzyskiem do Nikko. Jako, ze Elaine jest w tej chwili na Filipinach, nie mial specjalnie innych planow
i dal sie namowic na jednodniowy wypad. Zaczelo sie od pobudki o piatej rano. Wszystko po to aby zlapac jakis wczesny pociag
(jedzie sie dwie godziy z hakiem… okolo 130km) i miec jak najwiecej czasu na zwiedzanie bajecznego kompleksu swiatyn.
Nikko polozone jest na skraju parku narodowego, wiec caly czas towarzysza nam wspaniale widoki gor i lasow. My
skupilismy sie jednak na kompleksie swiatynnym… i tylko na kompleksie swiatynnym, bo upal
doskwieral niemilosierny i po pieciu godzinach zwiedzania mielismy serdecznie dosc i ruszylismy w strone dworca.

Wejścia na teren świątyń strzegą strażnicy.

Na samym poczatku w informacji turystycznej spotkalismy za to dziewczyne z Polski i chlopaka z Czech, co bylo bardzo mila niespodzianka. Zwiedzalismy Nikko razem dzielac sie wspomnieniami i opiniami na temat Japonii i jej mieszkancow.
Widzielismy wiec slynny Shin kyoo - przepiekny lukowy most, ktory niedawno zostal odsloniety po bardzo dlugim remoncie (przerzucony nad niewiarygodnie czysta rzeka). Nastepnie przeszlismy przez caly kompleks swiatyn, zahaczajac o ogrod japonski i przekraczajac kilkanascie bram, strzezonych przez rzezbionych bajecznie kolorowych straznikow. Chcialbym moc podac wiecej szczegolow co i jak sie nazywalo, ale czesto po prostu nie wiedzielismy. Skupilem sie wiec na podziwianiu widokow i rzezb, np. slynnych trzech malp o przeslaniu: “nie sluchaj zla, nie mow zla, nie patrz na zlo” (jedna zaslania uszy, druga usta, a trzecia oczy). Na koniec poszlismy jeszcze do wodospadu nieco na polnoc od kompleksu, a potem do domu…

A w niedziele opoczywalem…

13 sierpnia 2005

Comiket…

Poniewaz ostatnio panuje swego rodzaju zastoj jesli chodzi o rozmaite przygody, trzesienia ziemi i inne podobne atrakcje, bardzo trudno mi sie pisze. Bo o czym tu mowic, o pracy? No dobrze, niech bedzie o pracy.

Mamy w grupie nowego praktykanta, choc pracujacego na nieco innych zasadach niz te na podstawie ktorych ja jestem zatrudniony. Jest to swiezo upieczony absolwent, ktory zostal przyjety na staly kontrakt. Narazie musi jednak odbyc praktyki we wszystkich sekcjach, jako swego rodzaju wprowadzenie w dzialalnosci firmy. Po kilka miesiecy to tu to tam. Musze przyznac jednak, ze ow osobnik zdecydowanie dziala mi na nerwy, choc nie do konca potrafie uzasadnic dlaczego. Nieszczescie polega na tym, ze dzielimy laboratorium (choc zajmujemy sie innymi projektami) i jak czegos mu zabraknie, to pozycza z mojego stolika. Niestety bez pytania, co akurat musze mu przyznac nie wynika ze zosliwosci, ale z braku odpowiednich umiejetnosci jezykowych (wg filozofii skoro zapytac po angielsku jest trudno, to po co pytac). I tak wedruja rozmaite drobiazgi… a to marker, a to czytnik kart CF… a mnie trafia szlag, bo co chwile czegos szukam. Z tego samego powodu przez caly dzien sie nie odzywa (chyba, ze ja zaczne…), nawet nie powie dzien dobry na powitanie. Ech, zawsze sie musi znalezc jeden oszolom. Swoja droge, troche go rozumiem… jest tu nowy i w ogole. No nic, dwa tygodnie jakos przezyje :)

Jedna z rzeczy których zdecydowanie mi brakuje - prawdziwe sushi (zdjęcie z restauracji, a nie z sushi baru). To zielone po lewej to wasabi :).

W czwartek po pracy poszlismy do sushi baru (w ramach przelamywania lodow “nowego” tez zapraszalem, ale cos tam mial do roboty i nie poszedl). Tego typu bary maja bardzo interesujaca konstrukcje, bowiem srodkiem lokalu, wijac sie to tu to tam przebiega “tasmociag” na ktorym jada sobie kawalki sushi na roznokolorowych talerzach - surowe mieso ryb, malze, krewetki, homar, krab, wodorosty… i wiele innych morskich przysmakow, zwykle z ryzem (pelniacym funkcje zapychacza) i doprawianych wasabi (bardzo mocna japonska przyprawa, w duzych ilosciach wylacznie dla ludzi o mocnych nerwach i podniebieniu). Jak ktos ma na cos ochote po prostu lapie to co mu odpowiada. Trzeba zwracac baczna uwage na kolor talerzy! Kazdy ma swoja cene. Przy placeniu przychodzi kelner i na podstawie lezacych przed nami talerzy ustala wysokosc rachunku… warto wiec uwazac bo mozna sie rozpedzic i sami wiecie… :) Ilosc kawalkow sushi na kazdym talerzy jest parzysta, dlatego warto takie miejsca odwiedzac w parach tudziez kwartetach. Dzielac sie roznymi przysmakami, mozna sprobowac za mniejsze pieniadze szerokiego spektrum owocow morza.
Osobiscie uwazam, ze sushi jest przepyszne… i choc czasem potrafi sie podejrzanie spogladac na nas z poziomu talerza, szczerze polecam. :)

Gigantyczne, kilkusettysięczne tłumy na Comiket.

Wspominalem jakis czas temu, ze wybieram sie na Comiket 68, czyli gigantyczne targi komiksu, odbywajace sie od ponad trzydziestu lat, dwukrotnie kazdego roku, w Tokyo. Okreslenie gigantyczne, moze byc jednak nieadekwatne do skali imprezy - jestem przekonany, ze jest to najwiekszy tego typu event na swiecie! W ciagu trzech dni potezne pawilony wystawowe Tokyo Big Sight odwiedza ponad pol miliona ludzi, po to aby kupic wypatrzone, wymarzone komiksy! Katalog, ktory zawsze publikowany jest miesiac przed impreza ma ponad dwa tysiace stron i zawiera kilkanascie tysiecy pozycji! Wciaz jeszcze nie doszedlem do siebie po spedzonym tam dniu… zaczne jednak od poczatku, bo byl to baardzo dlugi dzien.

Majac przeczucie, ze lepiej sie samodzielnie w taka “dzicz” nie zapuszczac, podczepilem sie pod kolege z pracy,
ktory razem z przyjaciolmi planowal wieksze zakupy. Podzielili sie lista poszukiwanych
pozycji na trzech i umowili na popoludniowe spotkanie w celu wymiany. Ja umowilem sie z Fuchigami-san o 5:40
na stacji Yokohama, skad pojechalismy do Tokyo. Niestety 5:40, oznaczala dla mnie pobudke o 4:30 (najpierw musialem troche podjechac).

A to właśnie Cosplay i Kakashi, jeden z bohaterów popularnej pośród młodzieży w Japonii (a także i w Polsce) serii Naruto.

Nie bede sie tu zaglebial w szczegoly… o 6:00 stanelismy w wielkiej kolejce prowadzacej do glownego wejscia Tokyo Big Sight. Sadze, ze bylismy na pozycji gdzies pomiedzy 15000 a 20000… a przyjechallismy jednymi z pierwszych pociagow (ktore formalnie zaczynaja kursowac okolo 5 rano). A czy wspominalem juz, ze impreza planowo miala zaczac sie o 10:00? :) Tak wiec… czekalismy. W miedzyczasie zaczelo padac. Oczywiscie bylem totalnie nieprzygotowany… tak do czekania jak i opadow. Na szczescie Fuchigami-san zabral specjalnie dla mnie dodatkowy rozkladany stolek i ekstra parasolke. I tak sobie spedzilismy kilka godzin, a w miedzy czasie za nami ustawial sie tlum. Oczywiscie ustawienie takich mas ludzkich w jedna prosta linie jest niemozliwe, powstal wiec wielki waz, ktory wypelnial cala wolna przestrzen przez hala wystawowa. Oficjalnie podobno Comiket 68 odwiedzilo w ten dzien sto tysiecy ludzi i uwierzcie mi… rozgladalem sie uwaznie przez wiele porannych godzin… i jestem gleboko przekonany, ze przed otwarciem imprezy w kolejce stalo na oko 99999 miejscowych i jeden Polak (pozniej pojawilo sie wiecej obcokrajowcow… rano jednak zbieraja sie najbardziej zdesperowani fani, aby szybko dostac “najlepsze kawalki”). Wtedy prawie na pewno bylem jedyny. :)

Co mozna bylo kupic… wszystko, z jednym ale… otoz okazalo sie, ze Comiket 68 nie jest impreza komercyjna. Owszem pojawiaja sie tu firmy i wydawcy komiksow, ale jest to przede wszystkim impreza dla fanow i amatorow. Zjezdzaja sie tu oni setkami tysiecy, przywozac swoje prace i sprzedajac wszystkim chetnym. Dla wielu jest to szansa wykazania sie, bowiem pomiedzy klientami czesto przechadzaja sie lowcy talentow. Najlepsi tworcy sa zatrudniani przez wielkie koncerny… co jest marzeniem wielu uczestnikow.

Ponownie Cosplay i Czarodziejka z Marsa we własnej osobie.

Wielkie hale (spokojnie schowaloby sie w nich ze dwa Boeningi) podzielono na sektory tematyczne. Mamy wiec romanse, komedie, sport, komiksy historyczne (bardzo duzo komiksow i ksiazek poswieconych historii Europy, ale osobiscie calkowicie zostalem rozlozony na lopatki ilustrowana historia Bialorusi narysowana przez jakiegos fana!!! No coz… mowilem, ze japonczycy lubia miec ekscentryczne hobby…). Byly tez sekcje przeznaczone dla prac nawiazujacych do znanych serii komiksowych (znanych w Japonii), filmow, ksiazek… Wladca Pierscieni, Gwiezdne Wojny, a z Anime np. One Piece, Full Metal Alchemist tudziez popularny ostatnio Bleach, i wiele wiele wiele innych. Jakkolwiek wiekszosc komiksow w tej czesci miala nuzaco schematyczna fabule… dotyczyly romansow pomiedzy glownymi bohaterami, we wszystkich mozliwych kombinacjach.

Oprocz czesci glownej, zakupowej, przez caly czas trwala impreza towarzyszaca mianowicie CosPlay. CosPlay jest to bardzo popularna, eee, zabawa, polegajaca na przebieraniu sie w wybrane postaci z ulubionych serii komiksowych, anime (np. za Czarodziejki z Ksiezyca, Marsa i inne, ale to tylko wierzcholek gory lodowej!) lub najpopularniejszych japonskich gier komputerowych (tu zdecydowanie rzadzi Final Fantasy). Nie mowimy tu jednak o skromnych przebierankach, ale o szczegolowych do bolu pelnowymiarowych wersjach strojow, czesto w polaczeniu z farbowanymi na fioletowo, bialo, zielono, rozowo (do wyboru do koloru) wlozami i kopletem dodatkowych gadzetow (miecze, walizki, bron, rozdzki). CosPlay to olbrzymi biznes… na tak duzych imprezach zjawiaja sie profesjonalisci, ktorzy czesto zbieraja kontakty, do wielu potencjalnych modelek i modeli. Bylo wiec co ogladac… :)

19 sierpnia 2005

Wakacje…

Wakacje w wakacjach… tak w trzech slowach moge opisac biezacy tydzien. Ze wzgledu na swieto Obon (odpowiednik naszego swieta zmarlych - duchy przodkow wracaja odwiedzic najblizszych), firma postanowila, ze wszyscy pracownicy wezma dostana dodatkowe kilka dni wolnego. W ten sposob z trzech wolnych dni zrobil sie caly tydzien. Osobiscie nie narzekam… no moze tylko na to, ze jest to urlop bezplatny ;) Zaplanowalem sobie sporo atrakcji i solidny odpoczynek. Zycie jak zawsze dopisalo kilka elementow losowych do mojej opowiesci…

Poniedzialek i sroda byly dniami “naukowymi”. Poczatek tygodnia spedzilem zwiedzajac glowna siedzibe JAMSTEC - Japanese Agency for Marine-Earth Science and Technology. Jest to olbrzymie, dysponujace poteznym zapleczem finansowym, centrum badan oceanicznych, ktore od niedawna interesujace sie rowniez zjawiskami zachodzacymi w atmosferze ziemskiej oraz wplywem tych zjawisk na globalny ekosystem.

Shinkai 2000 na zasłużonej emeryturze. Z tyłu widać Shinkai 6500 w trakcie przeglądu. Po lewej Takashi-san i Chisono-san - moi gospodarze. Po prawej, pilot Shinkai 6500, którego imienia i nazwiska niestety nie zapamiętałem.

Dzieki kontaktom Chisono-san (mojej gospodyni), ktora swego czasu pracowala tam jako informatyk moglem przyjzec sie z bliska tej instytucji. Odwiedziny w siedzibie JAMSTEC zaplanowalismy akurat na ten poniedzialek, poniewaz kilka dni wczesniej z misji oceanicznej wrocil Shinkai 6500 - batyskaf przystosowany do prowadzenia badan na glebokosciach do 6500m (stad numer). Moglem wiec z bliska obejrzec jak takie urzadzenie wyglada. Oprocz Shinkai 6500 w hangarze stal troche mniejszy, nieco starszy i wycofany juz z uzycia Shinkai 2000. Nie bede moze rozwodzil sie na temat mozliwosci i szczegolach konstrukcyjnych - zainsteresowanym polecam odwiedzenie strony siedzibe JAMSTEC. Porozmawialem sobie za to z pilotem tej miniaturowej lodzi podwodnej, podpytujac jak to jest zanurzac sie na tak olbrzymie glebokosci. Jego opowiesc mozna podsumowac krotko: “jest strasznie”. Do tego pokazal mi elementy podstawowego wyposazenia pilota - podobno najwazniejszym, ktory musi zawsze byc pod reka jest… “torebka na wymiociny”. ;) Na szczescie zaloga sklada sie z trzech osob, wiec zawsze stanowi swego rodzaju oparcie w trudnych chwilach.

Po obejrzeniu lodzi zalogowych, przeszlismy do drugiego hangaru zobaczyc Urashime - wpelni zautomatyzowana, autonomiczna lodz, przeznaczona do misji dluzszych zarowno jesli chodzi o czas jak i o zasieg. Urashima, wyposazona w pracujace w zamknietym obiegu ogniwo paliwowe, jest obecnie swiatowym rekordzista jesli chodzi wlasnie o zasieg… ponad 300km w czasie jednej misji! Niestety… wrocila ona do macierzystego portu tydzien wczesniej i w czasie kiedy zwiedzalem JAMSTEC byla juz prawie w calosci rozmontowana na czesci w celu konserwacji.

Oczywiscie batyskafy same z portu nie wyplywaja ani do niego nie wroca, JAMSTEC dysponuje wiec w tym celu flota osmiu statkow badawczych, z ktorych jeden - Kairei, niedawno wrocil z misji (ale nie z Shinkai 6500 - z innej). Nie mozna bylo wiec przegapic takiej okazji. Krotko po zapoznaniu sie z Urashima znalazlem sie na pokladzie Kairei.

Statek naukowo-badawczy zasadniczo rozni sie od przecietnego okretu. Pelno w nim laboratoriow, komputerow, pokojow spotkan. Jest tu dzwig do wkladania i wyciagania lodzi z wody i wielki hangar do transportu roznych obiektow, w tym zdalnie sterowanej lodzi podwodnej Kaiko 7000 (Kairei jest okretem macierzystym Kaiko 7000).

Naturalnej wielkości “szafa” - jeden z elementów superkomputera nazywanego The Earth Simulator, skonstruowanego specjalnie do wykonywania skomplikowanych numerycznych symulacji zjawisk atmosferycznych i prądów morskich.

Niewiarygodne wrazenie robi mostek bedacy nieomal jednym wielkim komputerem - radary, system nawigacji
GPS, system satelitarnego monitoringu pogody (aktualne zdjecia
satelitarne co sekunde), a w sasiednim pomieszczeniu wielka konsola do sterowania
Kaiko 7000 (dla trzech osob). Kairei wozi tez ze soba
dzialajacy na zasadzie sonaru system do mapowania dna oceanicznego (jego czesc stanowi dlugi,
bodajze dwulikometrowy przewod rozwijany za okretem). Wrazenie przeogromne.

To nie byl jednak koniec moich przygod z JAMSTEC. W srode ponownie wybralismy sie na wycieczke, tym razem jednak w inne miejsce - mianowicie do centrum obliczeniowego, w ktorym stoi Earth Simulator. Jest to pod katem mocy obliczeniowej czwarty na swiecie superkomputer. Zaprojektowany jednak zostal pod katem obliczen modelowych (rownania rozniczkowe czastkowe i computational fluid dynamics generalnie), a jego unikalna architektura sprawia, ze w tych zastosowaniach nie ma sobie rownych. Uzywa sie go na przyklad do modelowania globalnych zmian pod wplywem efektu cieplarnianego, przewidywania zachowania sie tajfunow, wiatrow, pradow morskich i oceanicznych (np. El Ninio) i wielu innych. Gigantyczna pojemnosc i moc obliczeniowa pozwalaja na analize niewiarygodnych ilosci danych. Z najnowszych ciekawostek, wykorzystujac Earth Simulator zespol japonskich naukowcow z JAMSTEC stworzyl pierwsza na swiecie symulacje powstawania zorzy polarnej.

To poniedzialek i sroda, ale wtorek tez obfitowal w niemale przygody. Wybralem sie do Tokyo z planem zobaczenia
ogrodow w poblizu palacu Imperatora oraz znajdujacej sie
niewiele dalej Ginzy. Caly czas rowno padalo, ale dzieki temu temperatura byla do
zniesienia. Spacerowalem sbie tu tu to tam ogladajac rozne roslinki i wodne oczka,
az w koncu postanowilem odpoczac na jakiejs lawce, bo w koncu

Dane sejsmograficzne na temat trzęsienia ziemi. Pożyczone z yahoo.co.jp.

ile mozna tak chodzic. Usiadlem sobie wygodnie, otworzylem ksiazke i pograzylem
w lekturze, a tu nagle czuje… ziemia drzy. Trzesienie ziemi! Inne niz
poprzednie… tamto bylo gwaltowne i szybkie… to mniej odczuwalne, ale za to
dlugie… zdecydowanie ponad pol minuty. To trzesienie bylo mocniejsze
niz poprzednie. Wedlug niektorych odczytow jego sila przekroczyla 7 stopni!

Po ogrodach i niespodziewanych wstrzasach zwiedzalem Ginze, jedna z bardziej znanych dzielnic Tokyo. Tu zdecydowanie najciekawsza rzecza byl budynek Sony, w ktorym mozna bylo zobaczyc najdziwniejsze wynalazki (pies robot) i najnowsze technologie (prawdziwe kino domowe… 70 calowy plaski telewizor!!!). Strasznie kusilo mnie wybranie sie na Tokyo Tower, ale po tych wszystkich wrazeniach bylem juz zmeczony, a poza tym padalo, wiec i tak bym nic ze szczytu nie zobaczyl.

23 sierpnia 2005

I po wakacjach…

Urlop jaki by nie byl, i tak zawsze bedzie za krotki. Mi jednak strasznie sie dluzyl i w sumie ucieszylem sie, ze dobiegl konca. Skreslilem juz wiekszosc pozycji “must see” z mojej listy najciekawszych miejsc. I zaczalem troszeczke tesknic za firmowymi obiadkami. Moi gospodarze rzecz jasna zywili mnie tak jak zwykle, czyli bardzo dobrze. Gorzej z lunch’em. Zamiast porzadnego posilku w pracy (za darmo) jadalem zwykle “cos” na miescie (za ciezkie Yeny). Sami wiec rozumiecie ;)

Pamiątkowy pomnik z finałowego meczu Mistrzostw Świata w piłce nożnej 2002 w Korei-Japonii.

Jak juz pisalem poczatek wolnego tygodnia spedzilem w klimatach dosc naukowych. Dlatego w srode wieczorem usiadlem nad mapa Yokohamy z postanowieniem “zmiany klimatu”. Po krotkim namysle postanowilem, ze wybiore sie do zoo. W Yokohamie jest kilka ogrodow… wydaje mi sie, ze trzy (choc na mapie znalazlem dwa). W metrze widzialem jednak niedawno reklame Zoorasia. Takze opis w przewodniku zwiastowal ciekawe doswiadczenia… wiec wybralem wlasnie to miejsce. Dodatkowa premia mial byc stadion, o ktorym wspominalem juz kiedys… ten na ktorym Ronaldo wpakowal Khan’owi dwie pilki w bramke zapewniajac Brazylii tytul Mistrza Swiata.

Do samego stadionu dostalem sie bez wiekszych problemow, z tym, ze na miejscu, jesli moge sie tak wyrazic, “pocalowalem klamke”. Wszystkie wejscia do srodka zostaly szczelnie zamkniete, a ochrona i pracownicy nikomu nie pozwalali wejsc. W sumie poza kawalkiem trawnika z duzej odleglosci nie zobaczylem nic ciekawego. Za to przy wschodnim wejsciu znalazlem pamiatkowy pomnik z mistrzostw. Na plytach byly wyryte wszystkie informacje o przebiegu eliminacji, polfinalu i finalu. Wymienione wszystkie druzyny, wyniki, strzelcy i czas goli (jak wiekszosc zapewne pamieta my mielismy tylko trzy w meczu z USA - Olisadebe w 3 minucie, Krysztalowicz w 5 minucie i Zewlakow w 66 minucie). Popstrykalem troche zdjec i poszedlem dalej bo robilo sie coraz cieplej, a nie bylo jeszcze poludnia.

Okapi na wybiegu w Zoorasii.

Najpierw pomyslalem, ze oszczedze kilkaset Yenow i przejde sie. W koncu nigdzie nie bylo mi spieszno, a to tylko kilka kilometrow. Po blizszym rozeznaniu tematu i zapytaniu kilku osob, zmienilem zdanie, poniewaz te kilka kilometrow zmienilo sie w mniej wiecej dwanascie. Za rada podjechalem dwie stacje i postanowilem, ze reszte to juz na pewno przejde piechota. Oczywiscie wszyscy pytani o droge pukali sie w glowe i radzili wsiasc w autobus, bo to za daleko na piechote. No ale jakosc doszedlem (po mniej wiecej pol godziny relaksujacego spaceru).

Zoorasia okazala sie byc wielkim “parkiem tematycznym”. Oczywiscie sa tam zwierzeta (i to nie byle jakie, ale o tym zaraz). Przede wszystkim jednak jest to ogrod zorientowany na zapewnienie nauki i rozrywki dzieciakom. Wielka przestrzen podzielono na krainy, odpowiadajace roznym miejscom na naszej planecie. Mamy wiec tropikalne dzungle poludniowej azji, tundry dalekiej polnocy, dzungle ameryki poludniowej, afrykanski busz i jeszcze kilka innych. Wszystko bajecznie ozdobione w odpowiednim kontekscie. Moze opisze na przykladzie afrykanskiego buszu… Do Afryki “wchodzi sie” po zarosnietym pnaczami moscie kolejowym zaraz za ktorym znajduje sie stacja Kundu. Leza tu stylizowane paczki, beczki, stoi stary wozek i wiele roznych tamtejszych drobiazgow. W “Ameryce Poludniowej” mamy fort amazonek (w ktorym na marginesie mozna cos przekasic, napic sie lub zjesc lody). Wszedzie pelno jest placow zabaw i naprawde ciekawych opisow dostosowanych do poziomu malego odbiorcy, ktory bardziej jest zainteresowany jak sie dany slon nazywa i co najbardziej lubi jesc, niz ile wynosi srednia dlugosc zycia osobnika tego gatunku. W kadym razie swietnie sie bawilem czytajac niektore opisy…

Żaglowiec szkoleniowy Nippon Maru, zacumowany na stałe przy nabrzeżu Minato Mirai. W tle po lewej Landmark Tower, a po prawej Queen Tower A.

W Zoorasii mieszka zaledwie 50 rodzajow zwierzat, ale to co bardzo mi sie spodobalo, to fakt, ze trasa zwiedzania przeciska sie pomiedzy wybiegami, a nie odwrotnie. Kazde zwierze ma tu bardzo duzo przestrzeni (jak na mimo wszystko ogrod zoologiczny). Od razu sie czuje, ze projektanci postawili na jakosc a nie na ilosc… ograniczyli ilosc zwierzat, starajac sie zapewnic im jak najlepsze warunki. I to naprawde sie czuje spacerujac po Zoorasii. A co mozna zobaczyc? Slonie indyjskie, lwy, pande (niestety nie wielka, tylko czerwona… taka mala z dlugim ogonem) i okapi, bedace chyba chluba ogrodu - wybieg okapi zajmuje “polowe Afryki”. Jak tak sobie pomysle o sloniu z wroclawskiego zoo…

Zoo zajelo mi caly czwartek, pozstale dni wloczylem sie po innych czesciach miasta. Dwa najciekawsze obiekty, ktore odwiedzilem to statki! A dokladnie zaglowiec szkoleniowy Nippon Maru i luksusowy liniowec pasazerski z lat trzydziestych (obecnie nieco podupadly na zdrowiu) Hikawa Maru (ktorym kiedys podrozowal sam Charlie Chaplin. Oba statki zostaly na stale przycumowane i zamienione w bardzo ciekawe muzea japonskiej marynistyki. Yokohama ma bogate tradycje zeglarskie, przede wszystkim jest jednak znana z tego, ze byla pierwszym portem Japonii, do ktorego wpuszczono statki “przybyszow z zachodu”. Za cztery lata przypada bodajze 150 rocznica tego wydarzenia, do czego miasto juz teraz zaczyna sie powoli przygotowywac. Widzialem na przyklad projekt pomalowania wszystkich kolejek metra w charakterystyczne mowyty morskie. Wyglada rewelacyjnie.

Koncert bębniarzy Taiko

Zaraz obok, przy 100 metrowej Marine Tower trafiłem też na koncert bebniarzy Taiko…

30 sierpnia 2005

Ostatni tydzien…

Dzien za dniem moj pobyt w Japonii powoli zbliza sie ku koncowi. Minely dwa miesiace, a to wystarczajaco duzo czasu, zeby sie zaaklimatyzowac. Po tak dlugim czasie otoczenie przestaje na kzadym kroku zachwycac swoja egzotyka… wciaz jednak jestem zafascynowany praktycznie wszystkim co tu ogladam (no moze z wyjatkiem kolei i metra, bo te zbrzydly mi do reszty - codziennie spedzam w nich mniej wiecej trzy godziny).

Pogoda jak to pogoda… robi co sie jej zywnie podoba. I tak zupelnie z nienacka znowu od poludnia przyszedl tajfun. TYm razem mocniejszy i powazniejszy niz poprzedni (choc nijak nie majacy sie do tego co sie dzieje w Nowym Orleanie). Doniesienia mowia o jednej ofierze i grupce rannych. Glowne uderzenie przyszlo w nocy. Ciezki deszcz rowno bebnil za oknem targany podmuchami wiatru. Wspanialy dzwiek… otworzylem sobie okno… o wiele przyjemniej sie spalo. Wprawdzie troche obawialem sie poranku, bo wedlug pogodynki mialo lac az do godziny dziewiatej… to znowu oznaczalo, ze bede musial dostac sie do pracy w warunkach delikatnie mowiac niesprzyjajacych. Na szczescie pogodynka machnela sie w obliczeniach, a moze tajfun sie rozmyslil… w kazdym razie poszedl troche w bok i zakonczyl sie w mojej okolicy kilka godzin wczesniej. Za to po tajfunie tradycyjnie przychodzi kilka dni rewelacyjnej pogody… Palace slonce, calkowity brak chmur, 35 stopni. Wymarzone warunki na weekendowe zwiedzanie.

Koledzy z pracy - mój zespół badawczy.

Zanim jednak przyszedl czas na przyjemnosci musialem zakonczyc prace. W ten piatek wlasnie wypadl ostatni eksperyment, ktory zrobilem po to, aby sprawdzic wszystkie wczesniejsze wyniki i hipotezy. Trudno to wyjasnic, bez podawania szczegolow, a tych znowu opisywac mi nie wolno. Dosc powiedziec, ze maksymalna roznica pomiedzy teoretycznymi obliczeniami, a wynikami uzyskanymi w eksperymencie nie przekroczyla 1.5%. To duzy sukces, wiec mialem powod do swietowania - raczac sie japonskim piwkiem obejrzalem sobie internetowa transmisje koncertu Jarre’a w Gdansku. :))) Odsypialem do poludnia…

Tym razem na weekend w planie byly drobne zakupy i wieczorna sesja fotograficzna w Tokyo. Zaopatrzeni w statywy i uzbrojeni w aparaty wyruszylismy z Krzyskiem na Tour de Tokyo, koncentrujac sie na najciekawszych i bajecznie oswietlonych obiektach, robiac sobie tylko to tu to tam przerwy na cos zimnego.
Zrobilem lacznie ze setke zdjec, a musze powiedziec, ze miasto to sprawia jedyne w swoim rodzaju wrazenie. Nie ma znaczenia na jak wysoki budynek czy wieze sie wejdze. W kazda strone, az po horyzont widac tylko budynki i swiatla. Setki, tysiace… niekonczacych sie szeregow budynkow. Niewiarygodne.

I tak pozostal mi ostatni tydzien pracy. Bardzo wazny tydzien… musze przygotowac raporty oraz prezentacje dla mojego szefa i dyrektorow departamentu. Glowny dyrektor, z ktorym mialem okazje blizej sie poznac na firmowej imprezie w Atsugi (mowi bardzo dobrze po angielsku, co jak juz wspominalem wcale nie jest tu norma) wyjechal na delegacje do Europy. Zostawil mi tylko wiadomosc, ze z zalem, ale nie bedzie mogl uczestniczyc w mojej pozegnalnej imprezie (w czwartek). Trzeba im przyznac, ze chlopaki lubia sie zabawic praktycznie przy kazdej okazji :)

2 wrzesnia 2005

Mata ne…

Pałeczki i pudełko do sake, które dostałem od znajomych z pracy na pamiątkę mojego pobytu w Japonii.

Powoli moge chyba zaczac podsumowywac moj pobyt tutaj. Bez watpienia bylo to zyciowa przygoda. Od dawna marzylem zeby tu przyjechac… Zdecydowanie sie nie rozczarowalem, choc wiele rzeczy wyglada zupelnie inaczej niz to sobie wyobrazalem. Jestem przekonany, ze wiekszosc europejczykow ma o Japonii calkowicie bledne zdanie. Obcujac na codzien z autochtonami dostrzega sie wiele detali, do ktorych nie zawsze mozna od razu przywyknac. Relacje miedzyludzkie sa bardzo skomplikowane i wcale nie tak oczywiste jak np. w Polsce. Nie funkcjocnuje tu nasza staropolska goscinnosc, a bycie zaproszonym do domu przez japonczyka to prawdziwa rzadko.. Dlugo mozna by opowiadac. Generalnie o tym specjalisci pisza ksiazki, ja wiec chyba poprzestane na kilku zdaniach…

Osobiscie musze powiedziec, ze dopisalo mi prawdziwe szczescie. Wpadlem dokladnie w sam srodek japonskiej rzeczywistosci… mieszkalem, jadlem, pracowalem, zwiedzalem, a nawet trenowalem na silowni z japonczykami, co mozecie mi wierzyc znaczaco wplynelo na sposob w jaki postrzegam teraz ten kraj. Obok niezwykle egzotycznej egzotycznej kultury ujrzalem szare codzienne zycie, czesto wypenione znojna praca. Zycia, ktorego podstawy kulturowe sa tak mocno odmienne od naszych, ze moga tylko fascynowac. Nie mowiac juz o unikalnym w skali globu polaczeniu tradycji i nowoczesnej technologii, tak mocno akcentowanego praktycznie na kazdym kroku (mozna smialo stwierdzic kazda nowinka techniczna jest reklamowana przez kobiety w kimonach).

Jestem juz po ostatnich podsumowaniach, prezentacji, raportach i pozegnalnej firmowej imprezie. Na dowidzenia od kolegow z firmy dostalem paleczki i “pudelko do sake”, oba z wygrawerowanym moim imieniem i nazwiskiem, ale zapisanym kanji! Wygladaja super… do tego calkiem zabawnie, bo aby zapisac dowolne japonskie imie i nazwisko potrzeba ich tylko cztery… w moim wypadku jest tych znakow az 11!!! ;) Wspaniala pamiatka…

Pozostalo jeszcze pakowanie, ostatnie pozegnania i … SAYONARA Japonio!
Albo raczej MATA NE, bo ja tu jeszcze wroce! :)