Trudno nazywać wybitnych naukowców i wynalazców wariatami, ale niejednego z nich należałoby określić co najmniej ekscentrykiem, a może nawet dziwakiem. Jakkolwiek nawet w tym szacownym gronie zdarzają się szczególnie wyróżniające się pod tym względem jednostki. Takim wyjątkowym przypadkiem był bez wątpienia John Burdon Sanderson Haldane, którego ze względu na wyjątkowe zainteresowania komorą dekompresyjną nazwałbym „patronem płetwonurków”.
O JBS Haldane można powiedzieć, że wdał się w ojca (Johna Scotta). Odziedziczył po nim pasję naukową, skłonności do eksperymentowania, a także upodobanie do ekscentrycznych zachowań. Już mając kilka lat pomagał ojcu w eksperymentach. Haldane senior zajmował się fizjologią człowieka, ale szczególnie upodobał sobie zagadnienie toksycznego wpływu tlenku węgla na organizm. Przez wiele lat badał w jaki sposób tlenek węgla zabija pracujących pod ziemią górników. W tym celu w zaplanowany sposób przeprowadzał eksperymenty na samym sobie, regularnie trując się i badając próbki własnej krwi. Podobno przestał dopiero wtedy, gdy znalazł się na granicy utraty koordynacji ruchowej – poziom nasycenia jego krwi tlenkiem węgla osiągnął 56% (co prawie doprowadziło do jego śmierci).
Zostawmy jednak Haldane’a seniora i zajmijmy się jego równie utalentowanym synem. W przeciwieństwie do ojca, JBS nie zainteresował się wnętrzem ziemi, ale swoją uwagę skupił na głębiach oceanów (obok jego głównych specjalności, które stanowiły genetyka oraz biologia ewolucyjna i w których odniósł znaczące naukowe sukcesy). Zajął się konsekwencjami długotrwałego przebywania nurków pod wodą oraz poszukiwaniem sposobu ich ochrony. Stało się to jego obsesją.
Dla przypomnienia, ludzie przebywający przez jakiś czas na dużych głębokościach są narażeni na tzw. chorobę kesonową. Wzrastające ciśnienie podczas zanurzania powoduje ustalenie się nowego stanu równowagi dla rozpuszczonego w organizmie azotu, w rezultacie w tkankach i we krwi akumuluje się większa niż zwykle ilość tego gazu. Podczas wynurzenia, następuje rozprężenie, a rozpuszczony azot zaczyna przekształcać się w gaz, w podobny sposób jak dwutlenek węgla w napoju gazowanym. Niestety nasz organizm nie jest w stanie odpowiednio szybko pozbywać się nadmiaru azotu, więc zaczynają się tworzyć zatory gazowe, które mogą być bardzo niebezpieczne, w skrajnych przypadkach prowadząc do paraliżu, a nawet śmierci. W takich przypadkach przydaje się komora ciśnieniowa, która umożliwia kontrolowane obniżenie ciśnienia, dając organizmowi czas na stopniowe pozbycie się nadmiaru azotu. Tym właśnie zagadnieniem zajął się Haldane.
Po pierwsze zaopatrzył się w komorę dekompresyjną, którą nazywał „kotłem ciśnieniowym”. W metalowym cylindrze wystarczyło miejsca dla trzech osób, które można było poddawać rozmaitym eksperymentom. Haldane zwykle zapraszał ochotników, ale też kultywując rodzinne tradycje niejeden test wykonał na sobie. Kiedy pewnego razu przeprowadził symulację nagłego wynurzenia, eksplodowały wszystkie plomby w jego uzębieniu! Kiedy badał reakcję organizmu na wysokie poziomy tlenu, doprowadził się do takich konwulsji, że uszkodził sobie kilka kręgów. Dla odmiany eksperymentując z obniżaniem poziomu tlenu, pozbawił się na sześć lat czucia w pośladkach i dolnej części kręgosłupa. Rzeczą zupełnie oczywistą były dla niego popękane bębenki w uszach. W swojej książce „What is life?” napisał, że „bębenki zazwyczaj się goją, a jeśli nawet zostanie otwór to częściową głuchotę rekompensuje możliwość wydmuchiwania dymu przez ucho, co stanowi atrakcję towarzyską”. Jak wspomniałem wcześniej, nie poprzestawał tylko na sobie. Z prawdziwym entuzjazmem zapraszał do uczestnictwa w swoich testach wszystkich chętnych, co było niezłym wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy eksperyment kończył się wymiotami, konwulsjami lub krwawieniem.
Dziś można powiedzieć, że Haldane był prawdziwym pionierem i niejeden współczesny płetwonurek wiele mu zawdzięcza, ale jeśli chodzi o metodologię… lepiej nie iść w jego ślady!
Na podstawie: Bill Bryson „A Short Story of Nearly Everything” uzupełnione faktami z Wikipedii.
Zachęcam też do lektury historii pewnego pechowca, który usiłował zaobserwować tranzyt Wenus.
Więcej anegdot z życia naukowców można odnaleźć tutaj.
Artykuły o podobnej tematyce:
- Tajemnica mrożonego kurczaka z Highgate
- Nauka na wesoło
- O poczuciu humoru studentów Trinity College
- Naukowe sławy wszechczasów
- Założyć się, aby przegrać
- Pechowiec z pod znaku Wenus
- Aurora borealis



Łukasz Sikora
Wrzesień 4, 2010 @ 11:36 am (LINK DO KOMENTARZA)
Trochę szokujące podejście. Cieszy że udało mu się tyle osiągnąć, jednak podążanie taką samą drogą nie byłoby zbyt mądrym pomysłem.