7 lipca 2010
Wewnętrzne przekonania kontra dowody naukowe

Co się dzieje, kiedy przestawi się ludziom dowody naukowe, podważające ich osobiste przekonania? Wbrew pozorom, w większości przypadków, zamiast spodziewanej rewizji posiadanych poglądów, osoby takie po prostu zignorują zaprezentowane fakty (w najlepszym przypadku). Często będą starać się podważyć wiarygodność przedstawianych materiałów, a w skrajnych przypadkach uciekną się do twierdzenia, że nauka jako taka nie jest w stanie opisać danego przypadku. Tego typu podejście bardzo utrudnia, a często wręcz uniemożliwia jakikolwiek merytoryczny dialog z taką osobą.

Przyjrzyjmy się dwóm opisanym w literaturze przypadkom. Pierwsza praca naukowa na ten temat (Lord, 1979r) poddała analizie dwie grupy: zwolenników oraz przeciwników kary śmierci. Reprezentanci obu grup otrzymali do zapoznania się zestaw publikacji naukowych (wszyscy uczestnicy dostali te same teksty), pośród których znalazły się teksty dowodzące zarówno skuteczności jak i nie skuteczności stosowania kary śmierci (np. dane o spadku lub wzroście przestępczości po wprowadzeniu kary śmieci).

Co się okazało? Otóż przedstawiciele obu grup, po wnikliwym zapoznaniu się z materiałami, znaleźli znaczące uchybienia w przedstawianych analizach… z tym, że tylko w tych które nie zgadzały się z ich własnymi poglądami. Zwolennicy kary śmierci doszukali się błędów w pracach udowadniających jej nieskuteczność, a wręcz szkodliwość. Przeciwnicy kary śmierci znaleźli mnóstwo uchybień w pracach przedstawiających pozytywne skutki jej wprowadzenia. Uczestnicy eksperymentu zanegowali wartość dowodów niezgodnych z ich światopoglądem.

Okazuje się, że niektórzy ludzie kierowani własnymi przekonaniami, potrafią pójść znacznie dalej, nie tylko podważając wyniki badań, ale starając się wręcz dowieść nieskuteczności metody naukowej! Przykładowo zwolennicy medycyny alternatywnej, będą starali się dowieść, że proponowana przez nich pigułka ma wyjątkowe, niezwykłe właściwości… właściwości, których nie da się jednak udowodnić w typowym farmaceutycznym teście – bo w tym przypadku nauka nie działa.

Jak daleko mogą zaprowadzić takie przekonania, spróbował wykazać Prof. Geoffrey Munro, którego praca „The Scientific Impotence Excuse: Discounting Belief-Threatening Scientific Abstracts” ukazała się w marcu 2010 roku w Journal of Applied Social Psychology. Prof. Munro zaprosił do współpracy setkę studentów, którym powiedział, że test dotyczy „oceny jakości informacji naukowej”. Na wstępie ustalił, którzy z uczestników eksperymentu podzielają pogląd, że homoseksualizm stanowi przykład choroby psychicznej, a którzy są temu przeciwni. Następnie podzielił ich na dwie grupy. Pierwsza grupa otrzymała zestaw spreparowanych artykułów naukowych, które były zgodne z ich przekonaniami na temat homoseksualizmu. Druga grupa otrzymała spreparowane dokumenty, które podważały przekonania jej członków. Po zapoznaniu się z materiałami, uczestnicy eksperymentu mieli oszacować jak bardzo zgadzają się z następującym twierdzeniem: „Przedmiot badań przedstawionych w publikacjach, należy do grupy tematów, które nie dają się przeanalizować w sposób naukowy.”

Jak nietrudno się domyślić, studenci, którzy otrzymali artykuły sprzeczne z ich poglądami, w największym stopniu zgadzali się z postawioną tezą, że metoda naukowa nie ma w tym przypadku zastosowania.

Naukowcy jednak na tym nie poprzestali i zadali serię kolejnych prowokacyjnych pytań, na które odpowiedzi często wynikają z wewnętrznych przekonań. Przykładowo „czy wierzysz w jasnowidztwo?”, „czy uważasz, że dawanie klapsów stanowi skuteczną metodę wychowywania dzieci?”, „czy oglądanie telewizji prowadzi do przemocy?”, itp.

„Nauka jest kłótliwa i piękna. Jeśli chcesz mieć z nią coś do czynienia, musisz prowadzić wiecznie proces sądowy. ”

– Isaac Newton

Sumując wyniki z wszystkich przeprowadzonych ankiet, naukowcy ustalili w jakim stopniu, wg uczestników eksperymentu, badania naukowe mogą stanowić źródło informacji na określony temat. Rezultat okazał się dość zatrważający. Wszyscy studenci, których poglądy na temat homoseksualności były podważane w przedstawionych im materiałach, całkowicie negowali skuteczność metody naukowej także w przypadku pozostałych zadawanych im pytań!

Wniosek jest następujący: osoby, którym przedstawiono rzetelne naukowe dowody, aczkolwiek niezgodne z ich własnymi poglądami, w obronie własnego punktu widzenia, będą raczej skłonne podważać skuteczność metody naukowej, niż zrewidować swoje własne poglądy.

I to jest główny powód, przez który z niektórymi ludźmi jest tak trudno podjąć racjonalną dyskusję.

Powyższy tekst stanowi swobodny przekład artykułu Bena Goldacre’a „Yeah well you can prove anything with science” opublikowanego na blogu badscience.net.

Niedawno pisałem o wystąpieniu Prof. Michaela Sandela na konferencji TED. Starał się on tam udowodnić, że wewnętrzne przekonania wręcz powinny stanowić istotny element debaty publicznej na każdy temat. W kontekście opisanych powyżej badań jest to bardzo ciekawe twierdzenie, bo zakłada przyzwolenie na argumenty emocjonalne, nie poparte racjonalnymi, naukowymi dowodami. Warto obejrzeć, aby posłuchać argumentów drugiej strony i wyrobić sobie własne zdanie.


Artykuły o podobnej tematyce:




4 komentarzy »

  1. Barbara

    Lipiec 8, 2010 @ 10:04 am (LINK DO KOMENTARZA)

    Dziwi mnie zdziwienie nad opisanym faktem. Od zawsze ludzie wiedzą, że jak się chce coś udowodnić to (prawie) zawsze się uda. A wnioski wysuwane z badań naukowych nie zawsze odpowiadały rzeczywistości i wielu naukowców musiałoby się wstydzić gdyby dożyli.
    Wewnętrzne przekonania dają poczucie bezpieczeństwa i niechętnie się z nimi rozstajemy. Na zbyt silnie emocjonalne uzależnienie od nich raczej lepiej zadziała inna emocja niż dowody z badań.

  2. Bartosz Zajaczkowski

    Lipiec 8, 2010 @ 9:35 pm (LINK DO KOMENTARZA)

    @BARBARA Wydaje mi się, że swoimi słowami potwierdziłaś tezy badań przedstawionych w artykule. Zdanie „(…) ludzie wiedzą, że jak się chce coś udowodnić to (prawie) zawsze się uda.” jest właśnie przekonaniem podważającym skuteczność metody naukowej, bo jeśli dobrze je zrozumiałem, to „można znaleźć dowód na wszystko”. Tymczasem wcale „nie wszystko” i „nie zawsze” daje się jednoznacznie i w prawidłowy (w rozumieniu metody naukowej) sposób udowodnić. Bardzo wiele problemów wciąż pozostaje nierozwiązanych, a na wyjaśnienie niektórych kwestii przeznacza się nawet dziesiątki bilionów Euro (np. LHC w CERN).

    Na szczęście metodyka badań naukowych wyposażona jest w mechanizm obronny, który pozwala korygować błędy i podważać fałszywe teorie, bo naukowiec też jest człowiekiem i ma prawo się pomylić. Po pierwsze wysuwane hipotezy, zanim zostaną uznane za jedynie słuszne i prawdziwe, muszą zostać poparte wynikami przeprowadzonych „zgodnie ze sztuką” badań eksperymentalnych (albo chociaż z wynikami przeprowadzonych w niepodważalny sposób obliczeń). Przykład takiej nieprawdziwej, skorygowanej teorii stanowi słynny „efekt Mozarta”, o którym pisałem kilka tygodni temu. Wielu naukowców poddało w wątpliwość rezultaty badań Prof. Rauschnera, ale jednoznaczne, poparte mocnymi nowymi rezultatami udowodnienie, że „efekt Mozarta” jednak nie istnieje zajęło kilkanaście lat.

    Problem w tym, że ludzie (w szczególności osoby nie mające styczności z pracą naukową), przejawiają tendencję do ignorowania rezultatów prac badawczych, jeśli nie odpowiadają one ich światopoglądowi. To nie dobrze, bo jest to charakterystyczna cecha zamkniętego, broniącego się przed zmianami umysłu, gdy tymczasem wszelki postęp cywilizacyjny wymaga stanowiska dokładnie przeciwnego – umysłu otwartego oraz zdolności do zmiany poglądów wobec nowych obiektywnych rezultatów badań.

    Pomyłka wstydu nie przynosi. Trwanie w uporze wbrew obiektywnym dowodom, jak najbardziej.

    Tak w ogóle, to Twój komentarz zachęcił mnie do napisania więcej na temat samej metody naukowej, co jak czas pozwoli postaram się uczynić. Pozdrawiam serdecznie.

  3. Mandos

    Lipiec 10, 2010 @ 9:42 am (LINK DO KOMENTARZA)

    Nie jest tak, że sami naukowcy często przedstawiają przeciwstawne sobie wyniki badań? Czasami mam wrażenie, że na każdego profesora z grubym plikiem papierów popierających daną tezę zawsze znajdzie się drugi z równie grubą teczką wyników które przedstawiają coś zupełnie przeciwnego. Jak to się mowi? Jest małe kłamstwo, duże kłamstwo i statystyka? Nie da się tez tej sprawie nie „docenić” nierzetelnych mediów oraz zwykłego lenistwa (oraz niewiedzy) ludzi którzy nie potrafią odsiać naukowych od pseudonaukowych teorii i dowodów.

  4. Bartosz Zajaczkowski

    Lipiec 11, 2010 @ 11:36 am (LINK DO KOMENTARZA)

    @MANDOS: Sytuacja o której piszesz (przykładowych dwóch profesorów i dwa komplety dowodów) stanowi istotę sporu naukowego i nie musi wcale od razu oznaczać kłamstwa.. Tak jak powiedział to Newton (cytat w ramce): „(…) musisz prowadzić wiecznie proces sądowy.” Starając się potwierdzić lub obalić jakieś twierdzenie, zawsze trzeba być przygotowanym na starcie z „myślącymi inaczej”. Obiektywizm metody naukowej sprawia, że naukowcy nauczeni są sobie z tym radzić, w racjonalny, metodyczny sposób analizować argumentację przeciwników i jeśli to konieczne – zmieniają zdanie. Najgorsze co może się przydarzyć, to sytuacja w której nikt nie chce podjąć tego intelektualnego sparringu, bo to bardzo utrudnia weryfikację wyników i może prowadzić do powstawania błędów oraz zastoju w badaniach.

    Całkowicie zgadzam się z Tobą, że sytuacja się komplikuje, kiedy do dyskusji włączają się osoby nie mające na co dzień do czynienia z pracą badawczą i nie rozumiejące metody naukowej. Ludzie, którzy jednocześnie wywierają w pewien sposób wpływ na resztę społeczeństwa, a więc np. przedstawiciele mediów i politycy. Poszukując sensacji oraz wsparcia własnego punktu widzenia zdarza się, że osoby takie ignorują wyniki badań niezgodne z ich światopoglądem, a następnie przekazują tę przebraną i wstępnie przeżutą wiedzę dalej, nieświadomemu społeczeństwu. Taka polaryzacja wobec własnych poglądów odbywa się mniej świadomie (tak jak w przedstawionym powyżej artykule) lub bardziej świadomie (bezczelne kłamstwo). Jak dla mnie, to jest to najważniejszy argument za powszechnym dostępem do edukacji. Jak inaczej bowiem może zwykły człowiek może ocenić wartość przedstawianych mu argumentów i dowodów naukowych, jeśli nie rozumie na czym polega metoda naukowa i nie posiada odpowiednich podstaw wiedzy aby dokonać obiektywnej oceny. Wystarczy przypomnieć sobie debatę sprzed kilku tygodni: „Czy smugi kondensacyjne pozostawiane przez samoloty mogą powodować ulewne deszcze i w konsekwencji powodzie?”.

    Zresztą, to nie jest tylko nasz problem… znalazłem kiedyś w magazynie WiReD wywiad z Brianem Greenem na bardzo podobny temat, w kontekście amerykańskiej młodzieży.



Dodaj swój komentarz

Dodając komentarz akceptujesz Politykę Prywatności.