7 marca 2010
Czy czterogodzinny tydzień pracy w wersji dla inżynierów jest w ogóle możliwy?

„4-hour workweek” to swego rodzaju fenomen ostatnich lat. Ten niepozorny tomik przypomniał wielu zapracowanym, skoncentrowanym na karierze ludziom, że przyjemność z życia można (a wręcz powinno się) czerpać tu i teraz. Dziś, kiedy człowiek jest wystarczająco młody, sprawny i pełen energii, a nie w bliżej nieokreślonym dniu „zarobienia miliona”, „przejścia na emeryturę” lub osiągnięcia innego hipotetycznego celu. Pierwsze wydanie w/w książki było bardziej praktyczne, techniczne i trochę surowe. Odniesiony sukces, tysiące fanów oraz ukuta gdzieś po drodze nazwa całego tego fenomenu: lifestyle design, skłoniły autora do przygotowania nowej poszerzonej edycji, której głównym mottem i myślą przewodnią stało się już oficjalnie „projektowanie stylu życia”. Chcąc przekonać czytelników, że każdy, bez względu na wykonywany zawód może „zarabiać na życie i jednocześnie zwiedzać świat” autor wrzucił cały szereg interesujących case studies. Niestety niektóre z nich, dla mnie jako osoby w temacie, trochę zgrzytają.

Case study wyssany z palca

Oto Pan Sherwood, z zawodu mechanical engineer, którego marzeniem jest podróżowanie po świecie i wykonywanie swojej pracy zdalnie. Realizując swój misternie przygotowany plan, Pan Sherwood przekonuje szefa, że kiedy nie ma go w firmie pracuje lepiej, wydajniej i tworzy dwa razy więcej projektów (bo nic go nie rozprasza) i że tak naprawdę to jego obecność w pracy nie jest konieczna. Ech, dawno nie czytałem takich bajek.

„Wielu najchętniej robi to, co nie wymaga pracy.”

– Władysław Grzeszczyk, „Parada paradoksów”

Może i byłaby to prawda, gdyby bohater tej historyjki zajmował się np. projektowaniem gwoździ. Niestety, mając za sobą pewne doświadczenie w pracy w zespole R&D, wiem jak taka praca naprawdę wygląda. Zdecydowanie inaczej niż w przedstawionym powyżej przykładzie. Przede wszystkim w żaden sposób nie da się jej skwantyfikować tak jak życzyłby sobie tego autor (w środę dwa projekty, a w czwartek trzy). Nad większością projektów działy R&D pracują całymi tygodniami lub miesiącami. Dni wypełnione są spotkaniami, grupowymi burzami mózgów, przygotowywaniem symulacji i prototypów, analizami matematycznymi, konsultacjami itp. Jedynie od czasu do czasu po prostu się czyta, studiuje materiał, zaszywa w jakimś kącie i po prostu myśli z ołówkiem w ręku – czyli to co w zasadzie można robić wszędzie. Historia Pana Sherwooda to wyssany z palca, zupełnie nierealistyczny przykład…

Poza tym działy badań i rozwoju to jedno. Czy potrafilibyście sobie wyobrazić inżyniera produkcji, który nadzoruje sytuację na linii z domu, a co dopiero z innego kraju?

Owszem są profesje i biznesy, które dają się wykonywać i zarządzać zewsząd – przede wszystkim te oparte na nowoczesnych technologiach sieciowych. Nie jest technicznie problemem pomieszkiwanie w Tajlandii i obsługiwanie serwisu internetowego w Europie. Niestety, kreatywna praca naukowca lub inżyniera (a więc ta na wysokim poziomie, prowadząca do powstawania nowych technologii i produktów, a nie poprawianie rysunków technicznych lub przygotowywanie instrukcji dla użytkowników) wymaga bycia na miejscu, generowania pomysłów, szerokiego dyskutowania, obrony lub krytyki różnych koncepcji, testowania modeli komputerowych oraz prototypów. Johnattan Ive i jego Design Team w Apple nigdy nie stworzyliby iPhone’a gdyby jego członkowie w międzyczasie zwiedzali sobie obce kraje, tudzież, jak Pan Sherwood, bawili na Oktoberfeście.

I dlatego właśnie nie da się żyć tak jak proponuje nam Tim Ferris, wykonując jednocześnie zawód bardzo mocno oddziałujący ze środowiskiem pracy, w którym intelektualne sprzężenie zwrotne w zespole nakręca postęp (pomijając już nawet inne istotne kwestie jak poufność materiałów oraz dostępność specjalizowanych narzędzi). Jeśli środowiskiem tym jest internet możesz mieszkać i pracować wszędzie. Zespół inżynierów i naukowców R&D pracuje razem, razem rozwiązuje problemy, podrzuca sobie nawzajem pomysły i wzajemnie się krytykuje. To właśnie ta sieć interakcji międzyludzkich pobudza kreatywność i motywuje do działania, a w konsekwencji jest źródłem przełomowych odkryć, rozwiązań i nowych technologii. To musi się odbywać twarzą w twarz. Przez telefon lub internet to nie to samo.

Mam wrażenie, że próbując rozszerzyć grupę docelową czytelników i dodając przykłady takie jak ten nieszczęsny Pan Sherwood, autor wkroczył na dość niepewny grunt. Rozumiem, że celem było doprecyzowanie i poszerzenie przekazu oraz zdecydowany skręt w stronę lifestyle design (wyleciał np. cały materiał o wirtualnych asystentach). Jednak przytaczanie wyimaginowanych case studies trąci marketingową manipulacją nie mającą wiele wspólnego z realizmem. I to jest właśnie powód, przez który zwykle przy lekturze blogów i książek promujących lifestyle design lepiej zachowywać wzmożoną czujność i duży sceptycyzm.

Alternatywa

Skończyłem niedawno lekturę „Linchpin” Setha Godina (kupiłem zachęcony fragmentami przytaczanymi przez Krzysztofa Wysockiego na jego blogu). Już od pierwszych stron rzuca się w oczy jak odmienne podejście do zagadnienia pracy (i życia w ogóle) ona reprezentuje. Seth Godin twierdzi, że automatyzacja procesów biznesowych i produkcyjnych zdewaluowała pracownika do „łatwo wymienialnego trybiku w maszynie”. W rezultacie prawdziwą wartość ma to co nie daje się zautomatyzować, to co jest wyjątkowe i unikatowe. Problem w tym, że tego typu praca wymaga kreatywności i niebanalnego postrzegania świata. Tylko wtedy jej rezultatem będzie coś, co autor określił po prostu dziełem sztuki.

Czy można można tworzyć sztukę (w rozumieniu Setha Godina) posługując się zautomatyzowanym procesem biznesowym, leżąc w tym samym czasie na plaży gdzieś tam? Jeśli coś jest zautomatyzowane, to jest dobrze opisane. Jeśli jest opisane – każdy może skorzystać z przepisu, uzyskując taki sam lub bardzo zbliżony efekt. Skoro może to robić każdy to jaka jest tak naprawdę wartość takiej pracy i jej owoców?

  • Seth Godin radzi – poszukuj wyjątkowości, bądź kreatywny. Twórz sztukę. Podnoś swoją wartość oraz wartość swojej pracy, tworząc nową lepszą jakość. Kiedy Twoja praca ma naprawdę wielką wartość, możesz wykonywać ją jak chcesz i kiedy chcesz – będziesz wolny.
  • Tim Ferris radzi – odrzuć reguły wg których funkcjonuje współczesny świat i nie daj się ograniczać swojej pracy. Zautomatyzuj co się da, aby zapewnić sobie stały pasywny dochód i mieć więcej czasu na robienie tego co chcesz i jak chcesz. Zdystansuj się do swojej pracy tak bardzo jak to możliwe – będziesz wolny.

Dwie drogi i dwa zupełnie różne podejścia do sprawy. Choć uważam, że książka i blog Tima Ferrisa to ciekawe pozycje, z których zdarzyło mi się nie jeden raz czerpać inspirację, to jednak zdecydowanie bardziej przemawia do mnie filozofia Setha Godina.

„Nie przepracowałem ani jednego dnia w swoim życiu. Wszystko co robiłem, to była przyjemność.”

– Thomas Alva Edison

Nie chcę tu jednoznacznie deklarować, że jedno podejście jest lepsze od drugiego. Są to po prostu dwa odmienne style funkcjonowania i każdy może wybrać to co bardziej mu odpowiada. W jednym przypadku „zrób tak, aby Twoją pasją była Twoja praca” a w drugim „zrób tak, aby Twoja praca nie przeszkadzała Ci w Twojej pasji”. „Linchpin” przemawia do mnie bardziej ponieważ bardziej realistycznie wpisuje się w środowisko pracy każdego z nas. Wystarczy uważnie rozejrzeć się dookoła, aby znaleźć wiele życiowych przykładów. Jak już pokazałem na przykładzie Pana Sherwooda, nie jest to takie oczywiste w przypadku „4-hour workweek”.

Zachęcam do wyrażenia własnej opinii w komentarzach.

Do poczytania

Setha Godin’s Blog
Tim Ferris’ Blog

Cold Remedy: 18 Real-World Lifestyle Design Case Studies (Now It’s Your Turn) (@4-hour workweek)

Prawie setka stron w nowej edycji „4-hour workweek” to materiały z blogu, więc jeśli chcecie dowiedzieć się więcej przed podjęciem decyzji o wydaniu pieniędzy , warto tam najpierw zajrzeć. Oto sześć z ośmiu tekstów, które znalazły się w książce (dwa brakujące stanowią cześć pozostałych):
The Art of Letting Bad Things Happen
Things I’ve Learned and Loved in 2008
How to Travel the World with 10 Pounds or Less (Plus: How to Negotiate Convertibles and Luxury Treehouses)
The Choice-Minimal Lifestyle: 6 Formulas for More Output and Less Overwhelm
The Margin Manifesto: 11 Tenets for Reaching (or Doubling) Profitability in 3 Months
The Holy Grail: How to Outsource the Inbox and Never Check Email Again


Artykuły o podobnej tematyce:




4 komentarzy »

  1. Jurgi

    Marzec 7, 2010 @ 4:37 pm (LINK DO KOMENTARZA)

    Pracując jako dziennikarz to faktycznie mogłem pisać wszystko w domu i wysyłać e-mailem. Ale poza tym trzeba było się nałazić po mieście i nastać na imprezach i wydarzeniach, a w redakcji i tak trzeba było czasem być. Praca całkiem i tylko z domu lub skądkolwiek… no, jeśli się jest pisarzem.

  2. RobertP

    Marzec 7, 2010 @ 6:26 pm (LINK DO KOMENTARZA)

    Robię teraz drugie studia, zaoczne na odległość (Politechnika Warszawska). Tym czego mi najbardziej brakuje, to zbiorowe pójście do czytelni (lub bufetu) po ćwiczeniach i burza mózgów na temat zadań i projektów.
    Mamy forum pocztę, czaty i GG, ale to nie to. Tęsknię za tamtą atmosferą (inna sprawa, że miałem wtedy mniej lat, więcej czasu i nie musiałem upchnąć w dwudziestu czterech godzinach rodziny, pracy i nauki)

  3. Barbara

    Marzec 8, 2010 @ 2:06 pm (LINK DO KOMENTARZA)

    Masz rację. Ale pomarzyć można.

  4. Notatnik zapisywany wieczorami

    Wrzesień 4, 2010 @ 1:35 am (LINK DO KOMENTARZA)

    Dzień blogera 2010 – z dygresją o czytniku…

    Na dzień blogera się spóźniłem – 31 sierpnia spędziłem stojąc w korkach, apelując o spokój na tylnym siedzeniu i kontemplując fakt, że po 20 latach wolności jedyną w miarę sensowną drogą z południa Polski do Warszawy nadal pozostaje gierkówka, a przeby…



Dodaj swój komentarz

Dodając komentarz akceptujesz Politykę Prywatności.