W dzisiejszych czasach dostanie się na studia nie jest już tak trudne jak miało to miejsce jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Zmieniły się uwarunkowania społeczne, dostęp do edukacji jest łatwiejszy i jest ona tańsza. Wzrost liczby chętnych spowodował odejście od indywidualnych rozmów z kandydatami, na rzecz standaryzowanych procedur – może z wyjątkiem najbardziej prestiżowych kierunków na najlepszych światowych uczelniach. W Polsce, idąc na rękę studentom (choć niekoniecznie uczelniom) wprowadzono uznawanie ocen z egzaminu maturalnego podczas rekrutacji. Jako ciekawostkę, dla porównania jak wielkie nastąpiły zmiany, proponuję dziś opis gehenny, którą przechodził jeden z najsłynniejszych współczesnych naukowców Stephen Hawking, aplikując w 1959 roku na studia na Uniwersytet Oksfordzki (na tzw. nauki przyrodnicze, czyli matematykę i fizykę).
„(…) Egzaminy wstępne były bardzo trudne. Odbywały się przez dwa dni i zaczynały od pięciu egzaminów pisemnych, z których każdy trwał dwie i pół godziny. Były to dwa egzaminy z fizyki i dwa z matematyki, po których następował egzamin, mający na celu sprawdzenie wiedzy ogólnej kandydata o aktualnych wydarzeniach krajowych i o polityce międzynarodowej. Zwykle były to pytania typu: ‘Omówić konsekwencje, jakie przyniesie dla całego świata zdobycie władzy na Kubie przez Fidela Castro’. Wątpliwe jest, czy siedemnastoletni chłopcy mogli w ogóle mieć ukształtowaną opinię na takie tematy i niektórzy egzaminatorzy niezbyt wierzyli w celowość takich pytań. (…)
Po dwunastu i pół godzinach egzaminów teoretycznych i po sprawdzianie z fizyki eksperymentalnej, następowała seria egzaminów ustnych. Zaczynała się ona od ogólnego wywiadu, w którym nad kandydatami znęcali się przełożony college’u, dziekan, starszy tutor i wykładowcy z danej dziedziny. Wszystko to odbywało się w klubie profesorskim. Przyszli studenci byli wprowadzani pojedynczo przed surowe oblicza egzaminatorów, którzy oczekiwali od nich inteligentnych odpowiedzi na mnóstwo przypadkowych pytań z szerokiego zakresu zagadnień. Celem takiego przesłuchania, podobnie jak przy przyjmowaniu do pracy, było uzyskanie jak najwięcej informacji o charakterze kandydata. Po takiej rozmowie następował wywiad specjalistyczny, który w przypadku Hawkinga dotyczył znajomości fizyki (…).
A jak poszło Hawkingowi? Otrzymał dziewięćdziesiąt pięć punktów na sto możliwych z testów z fizyki i niewiele mniej z pozostałych. W konsekwencji otrzymał od Univerisity College w Oksfordzie stypendium naukowe (bardziej prestiżowe od stypendium zwyczajnego).
Tych, którzy lubią takie historie zapraszam jeszcze do opisu jak ponad wiek temu Niels Bohr zdawał swój egzamin magisterski.
Znalezione w książce Michael White, John Gribbin – „Stephen Hawking – The Life in Science” (wydana w Polsce przez WNT jako „Stephen Hawking – Życie i Nauka”).
Artykuły o podobnej tematyce:
- Laptop na zajęciach – pomaga czy przeszkadza?
- Oszustwo na egzaminie
- O poczuciu humoru studentów Trinity College
- Egzamin magisterski 100 lat temu
- Katedra Lucasa, czyli o tradycjach akademickich
- A może zostań inżynierem?
- Jeden dobry powód…



Jurgi
Kwiecień 11, 2009 @ 9:31 am (LINK DO KOMENTARZA)
Rozmowa kwalifikacyjna może mieć swoje zalety, jako że pozwala sprawdzić zainteresowanie kandydata tematem i ogólną bystrość, a nie tylko obkucie w fakty. Oceny na świadectwie i obryte podręczniki niekoniecznie definiują, czy kandydat będzie dobrym studentem.
Ja swoją rozmowę kwalifikacyjną wspominam miło, no ale ja miałem tylko rozmowę kwalifikacyjną. :)
Bartosz Zajaczkowski
Kwiecień 14, 2009 @ 6:59 pm (LINK DO KOMENTARZA)
@JURGI: Mówisz o rozmowie kwalifikacyjnej czy wstępnej na studia? W pracy bywa różnie, ale wydaje mi się, że to właśnie na studiach ludzie najczęściej uczą się tej „życiowej bystrości”.
Ludwik C. Siadlak
Kwiecień 16, 2009 @ 12:20 pm (LINK DO KOMENTARZA)
Różnica między polskim a brytyjskim systemem nauczania (piszę z punktu widzenia praktyka – jako student zarówno jednej z polskich uczelni jak i Oksfordu) różni się właśnie sposobem podejścia do studentów. Egzaminy nie mają sztywnych „kluczy”, w które student musi się „wpasować” bo inaczej dostaje 0 pkt, a egzaminatorzy starają się dotrzeć do punktu widzenia swoich podopiecznych i, analizując go, ocenić jego wartość.
Z resztą, różnica między liceum a studiami w Polsce jest niewielka – dostajemy zakres materiału który trzeba „przerobić”, uczymy się go, zdajemy egzamin. Studia w przypadku bardziej prestiżowych uczelni zwracają się w kierunku etymologii swojej nazwy: studiowania danych przedmiotów. Zdarza się, że wykładowca, wraz ze swoimi studentami, w trakcie zajęć dochodzi do wniosków, które wspólnie później studiują – badają, dyskutują, rozważają. System jest zupełnie inny, ale też w inny sposób przygotowuje do życia – na „problemy” patrzy się wówczas zupełnie inaczej, bo dużo łatwiej nam sięgnąć po rozwiązania out-of-the-box :-)
Pozdrawiam serdecznie
Ludwik