| 11 komentarze | Kategoria: nauka Tagi: dawanie przykładu, nauczanie, prezentacja, studiowanie |
Kiedy pada słowo wykład, większości pojawia się w głowie mniej więcej taki obraz: dość duża sala, kilkadziesiąt lub więcej osób. Katedra, tablica, prowadzący z kredą lub pisakiem, ewentualnie rzutnik… ostatnio coraz częściej cyfrowy. Prowadzenie wykładu to umiejętność przekazywana w środowisku uniwersyteckim niejako z pokolenia na pokolenie. To znaczy, że zanim młody wykładowca zacznie samodzielnie prowadzić, ma już za sobą setki godzin uczestnictwa w charakterze słuchacza. Pytanie teraz jakich doświadczeń nazbierał… pozytywnych czy negatywnych, bo każdy kto uczestniczył choć w jednym wykładzie wie jak ważne są umiejętności wykładowcy do przekazywania wiedzy. Niestety, powszechnie wiadomo, że nie każdy nadaje się do występowania przed ludźmi i prowadzenia prezentacji. Tymczasem system ten (wykładowca-słuchacze) funkcjonuje niezmieniony już od czasów Renesansu!
W Science ukazał się artykuł Erica Mazura (profesor fizyki na Harvardzie), w którym opisał on swoje własne doświadczenia w zakresie prowadzenia wykładu oraz ewolucję jaką przeszły jego zajęcia. Wspomina:
„Kiedy zaczynałem uczyć, przygotowałem sobie notatki do zajęć i wykładałem na ich podstawie. Ponieważ moje wykłady odbiegały od zawartości podręcznika, udostępniłem studentom kopie swoich materiałów do zajęć. Irytującym rezultatem było to, że na koniec semestru w ankietach oceniających (wykładowcy przez studentów), które były ogólnie całkiem dobre, pewna liczba studentów wyraziła żal, że ‘zajęcia były prowadzone dokładnie wg tekstu w notatkach’. W takim razie co powinienem zrobić? Przygotować inną wersję notatek, różniącą się od tych które udostępniłem ogółowi? Postanowiłem więc zignorować te uwagi.
Kilka lat później odkryłem, że studenci mieli rację. Sposób w jaki prowdziłem wykład był nieefektywny, pomimo bardzo wysokich ocen jakie mi wystawiano.”
Po co się uczyć?
Mazur zauważył to co coraz częściej daje się zaobserwować także w polskich szkołach i uczelniach. Zdobywanie wiedzy przestało być motorem rozwoju ludzkiego umysłu, a stało się mechanicznym procesem przerzucania wiedzy z jednego pokolenia (wykładowca) do drugiego (student). System ten mógł funkcjonować w czasach Renesansu i późniejszych pierwszych latach dynamicznego rozwoju nauki, kiedy dostęp do wiedzy był bardzo utrudniony, wręcz poza zasięgiem przeciętnego człowieka. Współcześnie, kiedy wiedza dostępna jest na wyciągnięcie ręki (tysiące bibliotek), a wręcz na kliknięcie myszką (wszechobecny internet) jest to pewien problem. Na czym tak naprawdę polega wyższe wykształcenie… na załadowaniu sobie głowy tysiącem informacji? Jak ktokolwiek może się dziwić niechęcią młodzieży do nauki w ogóle, skoro przeciętny licealista w kilka sekund odnajduje, choćby w takiej Wikipedii, wiedzę na każdy interesujący temat?
|
„Najlepszą zaletą pracy na uniwersytecie są studenci. Przychodzą ze świeżym umysłem, otwarci i pełni entuzjazmu, najpierw święcie wierzą w autorytet akademii, lecz szybko przekonują się, że profesorowie nie wiedzą wszystkiego, i zaczynają myśleć samodzielnie. I wtedy ja zaczynam się uczyć od nich.” – Steven Chu, noblista, szef Departamentu Energii w rządzie Baracka Obamy |
Świat bardzo się zmienił. Zdobywanie wiedzy nie polega już na magazynowaniu informacji. Aby naprawdę rozumieć, studenci powinni być zdolni do tworzenia w swoich głowach modeli zjawisk i korzystać z nich do rozwiązywania zadanych problemów, a nie polegać na „pamięciówce” (słynne zakuć, zdać, zapomnieć). Mazur przyznaje się, że wiele razy w czasie studiów zdarzyło mu się „kuć na pamięć”. Zresztą, żeby nikt mi nie zarzucił, że „zapomniał wół jak cielęciem był”, ja też niejeden przedmiot zaliczyłem w taki sposób. Podczas każdej sesji, tysiące ludzi uczy się w ten sposób, aby zdać egzaminy. Jak to ktoś napisał… „wykład polega na wtłoczeniu do głowy studenta pewnej ilości informacji, która znika z niej natychmiast po zapisaniu jej na karcie egzaminacyjnej”. To rozwiązanie wcale nie jest dobre i niestety coraz bardziej to widać…
Wykład, a jednak nie wykład
Zastanawiając się jak poradzić sobie z tym problemem, Mazur opracował własny sposób prowadzenia zajęć, całkowicie odwracając istniejący porządek. Przestał „przemawiać” na wykładzie i przerzucił ciężar zdobywania wiedzy na studentów. Teraz to oni muszą zapoznać się z materiałami i samodzielnie przygotować do zajęć. Zmieniła się też całkowicie jego forma… zamiast wykładać przez „mówienie do słuchaczy”, Mazur zastosował system pytań problemowych. Jego wykład składa się z szeregu specjalnie przygotowanych przekrojowych pytań, o kilku możliwych odpowiedziach widocznych na ekranie. Studenci mają kilka minut na przemyślenie zagadnienia, po czym muszą zadeklarować wybór odpowiedzi, co odbywa się poprzez naciśnięcie przycisku na specjalnie przystosowanym do tej formy zajęć „pilocie”. Po wyświetleniu na ekranie wyniku rozpoczyna się dyskusja nad odpowiedziami. Jeśli rozrzut jest duży np. 35% do 65% rozpoczyna się wymiana argumentów pomiędzy zwolennikami jednej i drugiej odpowiedzi. Mają oni szansę przedstawić swoje poglądy… uzasadnić dlaczego zdecydowali się na taką, a nie inną odpowiedź. Ten sposób prowadzenia zajęć promuje analityczne myślenie i aplikację zdobytej wiedzy do rozwiązywania zadanych problemów. Słowem… rozwija umysł.
Ciekaw jestem czy tego typu system sprawdziłby się w naszych warunkach… Obecna forma wykładu jest, było nie było, bardzo skuteczna i stosowana od wieków. Daleko mi od przeprowadzania eksperymentów lub kwestionowania autorytetów w zakresie edukacji, ale bardzo jestem ciekaw Twojej opinii oraz własnych doświadczeń z wykładów. Zachęcam do podzielenia się w komentarzach własną opinią oraz pomysłami co ewentualnie można by zmienić lub usprawnić.
Zainteresowanych i posiadających taką możliwość odsyłam do lektury oryginalnego artykułu „Farewell, lecture?” w Science (2 January 2009, Vol. 323. no. 5910, pp. 50-51).
Artykuły o podobnej tematyce:
- Internetowe (video) wykłady z fizyki współczesnej
- 10 najpopularniejszych internetowych wykładów (wg New York Times)
- Teoria względności dla kompletnych laików
- Laptop na zajęciach – pomaga czy przeszkadza?
- Open Course Ware, czyli jak każdy z nas może sobie postudiować na M.I.T.
- Nauczanie „for dummies”
- Sprawiedliwość, czyli zastanów się jak Ty byś postąpił w takiej sytuacji?




Jean napisał(a),
Luty 2, 2009 @ 10:37 am
To jest rewelacyjne – chciałem wejść na oryginalną stronę, ale niestety jest płatna. Czy nie ma innego sposobu, żeby przeczytać całość tektu oryginalnego?
Pozdrawiam serdecznie.
Stały czytelnik – Jean
Bartosz Zajaczkowski napisał(a),
Luty 2, 2009 @ 10:45 am
@JEAN: Niestety, Science dostępny jest wyłącznie za opłatą. Ja mogę tam zaglądać ponieważ moja Uczelnia ma wykupiony dostęp. Myślę, że wszystkie główne instytucje naukowe w naszym kraju go mają. Jeśli w Twoim mieście jest uczelnia wyższa i naprawdę bardzo Ci zależy, sprawdź czy nie dasz rady wejść przez komputery w bibliotece.
Pozdrawiam serdecznie!
Jean napisał(a),
Luty 2, 2009 @ 1:53 pm
Dzięki za dobrą radę – oczywiście sprawdzę w BUW-ie.
Pozdrawiam
Jean
Mariusz L. napisał(a),
Luty 11, 2009 @ 9:01 am
Dziwi mnie niekiedy, ze uczelnie nie korzystaja z dosc pokaznego dorobku metodycznego firm treningowych. Na przyklad metoda prowadzenia wykladu poprzez rozpoczecie dyskusji od dawna z powodzeniem stosuje wielu szkoleniowcow, kiedy tematem treningu jest przekazanie odpowiedniej ilosci informacji, definicji czy pojec.
Ja sam prowadze szkolenia w firmie ubezpieczeniowej, tematy szkolen sa rozne, ale nawet tzw. „produktowe” szkolenia prowadzone sa w formie rozmowy ze szkolonymi, samodzielnego poszukiwania rozwiazan i dyskusji o tym, jak okreslony produkt spelnia potrzeby, o ktorych mowili szkoleni. Efektywnosc takich szkolen jest wysoka, sam mierzylem (testy i praktyczne zadania) roznice miedzy „treningiem produktowym” a wykladem produktowym i przyswojenie informacji srednio na 30% lepsze na korzysc tego pierwszego.
„Niestety, powszechnie wiadomo, że nie każdy nadaje się do występowania przed ludźmi i prowadzenia prezentacji.”
Fakt, wielu wykladowcow po prostu nie jest przygotowanych metodycznie do prowadzenia wykladow i cwiczen, ale mysle, ze odpowiednie przygotowanie, przeprowadzenie praktycznych zajec z technik prowadzenia wykladow, duzo by pomoglo, szczegolnie tym „introwertycznym”. ;-)
P.S. jednym ze swietnych indykatorow czy lekcja, ktora prowadze jest ciekawa czy nie jest ziewanie. :-) Nawet student po weekendowej libacji na ciekawym wykladzie zazwyczaj nie ziewa. :-)
Bartosz Zajaczkowski napisał(a),
Luty 13, 2009 @ 6:05 pm
@MARIUSZ: Witaj na blogu!
Nie jestem przekonany, czy doświadczenie w zakresie szkoleń i coachingu daje się tak po prostu przenieść na grunt akademicki. To jest jednak zupełnie inny sposób prowadzenia zajęć, który na wymaga od odbiorców (tutaj: studentów) bardzo dużego zaangażowania własnego oraz opanowania o wiele większej ilości materiału. Jeśli nie ma pracy własnej, to nawet najlepszy, najbardziej wygadany, prowadzący po mistrzowsku wykłady i udostępniający perfekcyjnie przygotowane materiały profesor nie będzie w stanie nic poradzić.
Znajomy dydaktyk w rozmowie zwrócił mi uwagę na taki fakt, że na studia trafiają teraz roczniki przyzwyczajone do tego, że odpowiedzialność za ich wykształcenie spoczywa całkowicie na barkach nauczycieli. Młodzi ludzie, spośród których wielu nie przywykło niestety do samodzielnej nauki, bo nikt ich do tego nie przygotował, ani odpowiednio nie zmotywował. Rzucenie takiej osoby na „głęboką wodę” studiowania może być dla niej przeżyciem nieomal traumatycznym. Nic dziwnego, że uczelnie na świecie (bo to nie chodzi wyłącznie o polskich studentów) robią co mogą, aby dostosować się do nowej sytuacji i zmodyfikować sposób i programy nauczania (patrz przytaczany powyżej artykuł z Science). Robią to przede wszystkim dlatego, że zmienił się „narybek” i jego wymagania, a nie dlatego, że stare sposoby nauczania były takie złe…
Osobiście nie mam całkowicie własnego zdania na ten temat i staram się być ostrożny w wyrażaniu opinii. Nie czuję się uprawniony ponieważ uważam, że do tego potrzeba przynajmniej dekady lub dwóch osobistych doświadczeń za katedrą. A poza tym jestem chyba na to za młody :)
Pozdrawiam serdecznie!
Orest Tabaka napisał(a),
Luty 14, 2009 @ 12:13 am
Bartek:
Właśnie coach czy dobry szkoleniowiec zaczyna od tego, że angażuje swojego klienta w proces zmian i nauczania. To da się i jak najbardziej powinno się przenieść na uczelnie. Wtedy masz zaangażowanych studentów, którzy sami będą się uczyć, nawet ze słabo przygotowanych materiałów :)
Za dekadę czy dwie będzie jeszcze inny narybek, wychowany na komputerach. Obecny wychowywał się grając w piłkę na podwórku (sam pamiętam), obecny grając w gry komputerowe i w wieku 6 lat mający już swój profil na NK i kilkudziesięciu znajomych. To co wymyślimy dla obecnego narybku nie zadziała na tym za dekadę czy dwie.
Piszesz, że jesteś „za młody”… właśnie to Twoja wielka zaleta, bo jesteś bliższy temu studiującemu pokoleniu. Kto jak nie Ty może zrobić w tej dziedzinie wiele dobrego? :>
Pozdrawiam serdecznie,
Orest
Bartosz Zajaczkowski napisał(a),
Luty 14, 2009 @ 11:35 am
@OREST: Nie chodzi o to, że naucza się w zły sposób… chodzi o to, że odbiorca uczyć się nie chce – oczekuje, że zostanie nauczony. Ot, taki outsourcing.
Zaprzyjaźniony prezes może nie wielkiej, ale było nie było zatrudniającej kilkadziesiąt osób firmy, powiedział mi kiedyś… cytuję: „Młodym ludziom się ostatnio we łbach poprzewracało. W moich czasach, kiedy czegoś nie wiedziałem to szedłem do biblioteki. Teraz jak analityk ma problem z Excelem, to od razu domaga się szkolenia i to najlepiej cztery dni na wyjeździe.” Pewnie trochę wyolbrzymił, ale chyba w jednym zdaniu oddał istotę sprawy…
Zasadnicza różnica pomiędzy coachem, a nauczycielem/wykładowcą jest taka, że na tym pierwszym w zasadzie nie ciąży odpowiedzialność społeczna. Coaching to biznes. Coach to jednak wysokiej klasy, można powiedzieć ekskluzywny korepetytor, który uczy, ale nikt od niego nie oczekuje wychowywania. A teraz porównaj to ze sposobem w jaki przez ogół społeczeństwa postrzegani są nauczyciele. Zresztą najlepiej widać to po zarobkach…
Trener mówi do klientów i przekazuje pragmatyczną, użyteczną informację… wykładowca mimo wszystko mówi do swoich uczniów, a to czego uczy nie zawsze będzie miało bezpośrednie zastosowanie – dlatego często taka wiedza jest nudna i monotonna. Ciekawe, że jest to dokładnie taka sama różnica jaka była pomiędzy Sokratesem i Sofistami. Ci ostatni krytykowali Sokratesa, że źle naucza, bo uczy ludzi rzeczy niepotrzebnych i nieprzydatnych. Krytykowali go tym mocniej, że wielki filozof uczył za darmo, podczas gdy oni pobierali za swoją pracę duże pieniądze. Tymczasem kogo zapamiętaliśmy po dwudziestu pięciu wiekach? :)
Żeby było jasne… nie jest to krytyka w stronę jednego lub drugiego zawodu, ale dywagacje w jaki sposób wyciągnąć z obydwu to co najlepsze.
Dość! :) Trochę za bardzo się rozgadałem.
Pozdrawiam serdecznie…
Orest Tabaka napisał(a),
Luty 14, 2009 @ 11:38 pm
Bartek:
Otóż to – nie chodzi o to, aby wartościować zawody, a żeby brać z osiągnięć jednego i przeszczepiać do drugiego. O coachingu nie powiedziałbym, że nie oczekuje się wychowywania. Właśnie w coachingu działa się na znaczeniach jakie przypisujemy danym sytuacjom i pracuje się nad wymienieniem sposobu działania w tch sytuacjach.
Obecnie z powodzeniem przeszczepia się umiejętności coachowania do funkcji menedżera: zamiast nakazać wykonanie np. 100 telefonów dziennie, menedżer-coach może zapytać o cele tego pracownika, czego oczekuje od tej pracy, kiedy uzna, że jest w niej spełniony i że jeśli chce być spełniony to ile musiałby wykonać telefonów. Zdolnie przeprowadzona mini-sesja coachingowa może doprowadzić do tego, że pracownik sam ustali sobie cel 150 telefonów i je wykona z zadowoleniem na twarzy :)
Ciekawy przykład (choć bardzo powierzchowny) nauczyciela z umiejętnością coachowania jest pokazany w filmie „Pay it forward” („Podaj Dalej”). Zadając odpowiednio pytania rozbudził w uczniach uczucie możliwości.
Lecz o tym jeszcze będziemy mieli okazję porozmawiać :)
Pozdrawiam serdecznie,
Orest
Bartosz Zajaczkowski napisał(a),
Luty 19, 2009 @ 4:16 pm
@OREST: Bardzo dobry film. Pytanie czy to był tak jak napisałeś nauczyciel z „umiejętnością coachowania”, czy po prostu bardzo dobry nauczyciel.
Podsumowując to wszystko dodam jeszcze, że znam i z przyjemnością obserwują kilku niesamowitych wykładowców, którzy bez stosowania się do tych wszystkich nowoczesnych (żeby nie powiedzieć nowomodnych) pomysłów i tak potrafią zauroczyć salę. Chciałbym po latach potrafić w taki sposób zajęcia jak oni. :)
Pozdrawiam!
Orest Tabaka napisał(a),
Luty 19, 2009 @ 5:40 pm
Był dobrym nauczycielem, bo potrafił zainspirować uczniów :)
Odnośnie tych wykładowców umiejących zauroczyć salę… jesteś młody, więc wszystko przed Tobą :)
Pozdrawiam radośnie,
Orest
sokl napisał(a),
Luty 11, 2010 @ 12:35 am
Jestem ciekaw jak takie metody nauczania sprawdziłby się na kursach łączących teorię z praktycznym rozwiązywaniem problemów – jak np. wytrzymałość materiałów.
Już teraz wykładowcy starają się rozwiązywać na wykładzie coraz więcej konkretnych problemów uszczuplając teorię. Moim zdaniem nie jest to do końca dobry kierunek, bo absolwent (szczególnie uczelni technicznej) powinien umieć uczyć się „na podstawie teorii” – często skomplikowanej (potem jak mniemam pomoże to w samodzielnym douczaniu się).
Widzę ten problem u kolegów, którzy 100 razy wolą gotowe rozwiązane zadania niż książkę z teorią + zadania.
pozdrawiam – bardzo fajny blog i bardzo dobre podejście młodego doktora :)
Tak trzymać!