Strona główna O sobie Archiwum Linki Kontakt

Archiwum sierpień, 2008

Blogday 2008

Blogday to inicjatywa, mająca na celu zwrócenie uwagi internautów na nowe, wciąż nieodkryte, a nierzadko doskonałe blogi. Ideą Dnia Blogów jest popularyzacja mało znanych, zwykle dobrze ukrytych perełek, tworzonych przez prawdziwych pasjonatów. Co rok, w ostatni dzień sierpnia, na tysiącach jak nie milionach blogów pojawiają się linki do pięciu innych ciekawych stron.

Rozmyślając nad swoją listą przyjąłem postanowienie pisania wyłącznie o aktywnych blogach prowadzonych w języku polskim, ale takich które w żaden sposób nie odnoszą się do informatyki, internetu, blogowania ani zarabiania pieniędzy (czterech najpopularniejszych tematów w polskiej blogosferze). Chciałbym zaproponować Wam coś mniej powszechnego…

Serdecznie zachęcam do odwiedzenia i bliższego zapoznania się z poniższymi, na swój sposób wyjątkowymi blogami.

  1. Do ciepłych krajów - o rowerowej wycieczce (!) dookoła Afryki
    Z prawdziwą przyjemnością polecam Wam aktualizowany na bieżąco, ilustrowany fotografiami dziennik z rowerowej wyprawy Pawła Wróblewskiego dookoła Afryki. Dla mnie dziennik ten jest odkryciem ostatnich tygodni. Jego autor może śmiało kandydować do miana następcy Kazimierza Nowaka (dla niezorientowanych: Kazimierz Nowak jako pierwszy w świecie przemierzył Afrykę na rowerze z północy na południe i z powrotem w latach 1931-1936). Kiedy piszę te słowa wyprawa trwa, a Paweł przedziera się właśnie przez miasta i bezdroża Kamerunu.
  2. Rowerem do Chin - jeden człowiek, jeden rower, jeden cel… Chiny
    Pozostając w temacie wypraw rowerowych w odległe zakątki naszego globu warto rzucić okiem na relację z innej, powoli kończącej się już wyprawy. Krzysztof Skok wyruszył samotnie na rowerze do Chin celem dotarcia na Igrzyska w Pekinie i właśnie rozpoczął swój powrót do kraju. Opatrzony fotografiami opis tej trwającej ponad sto dwadzieścia dni podróży (jak dotąd) znajdziecie właśnie na tym blogu.
  3. Blog o Pomaganiu
    O zawartości tym blogu najlepiej opowie jego autor, Tomasz Chmiel:
    “Dlaczego prowadzę tego bloga? Nie ma w tym wielkiej filozofii. Po prostu inni i świat potrzebują naszej pomocy - nawet tej najmniejszej. Jeśli my im nie pomożemy, to kto pomoże? To duża odpowiedzialność :) Poza tym pomaganie jest klawe i przyjemne. Robienie dobrych rzeczy dobrze wpływa na nasze samopoczucie i statystycznie każdy kto pomaga żyje wiele lat dłużej. Zawsze powtarzam, że prawdziwy, rasowy egoista musi po prostu zostać altruistą - to naprawdę w jego interesie! :)”
    Co można tu znaleźć? Mnóstwo artykułów i linków w temacie rozmaitych społecznych akcji charytatywnych. Popierając takie inicjatywy, zapraszam do zapoznania się z tą stroną.
  4. Bieganie moją pasją… czy uzależnieniem?
    Ta strona to dla odmiany przykład dziennika prawdziwego pasjonata biegania. Autor od kilku lat regularnie opisuje swoje treningi, starty w maratonach, półmaratonach i różnych krótszych imprezach biegowych. Dobór czcionek i kolorów oraz nawigacja po serwisie nie zachęcają do dłuższych odwiedzin, ale warto poświęcić kilka chwil na zorientowanie się w archiwum. Miejsce bardzo inspirujące i motywujące do pracy nad własnym zdrowiem.
  5. Dylematy filolożki - Problemy językowe, błędy ortograficzne, zagadki polonistyczne…
    Ten blog poświęcony jest zupełnie innemu zagadnieniu - językowi polskiemu. Magdalena Bród, na co dzień studentka filologii polskiej, snuje rozważania na temat różnych aspektów praktycznego stosowania naszego ojczystego języka. Blog jest stosunkowo młody, ale ma bardzo dobry start i mam nadzieję, że przetrwa. Obyśmy jeszcze długo mogli cieszyć się lekturą artykułów jego właścicielki.

Oprócz tego jak zawsze polecam swój blogroll (po prawej na dole) oraz różne inne ciekawe, zgromadzone przeze mnie linki.

Tych z Was, którzy posiadają własne blogi i również wzięli udział w tegorocznej, czwartej edycji Dnia Blogów, zapraszam do pozostawienia w komentarzach linków do swoich własnych list. Promujmy ciekawe blogi… bo warto.

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS Subskrybuj RSS               Wydrukuj Wydrukuj        Komentarze (3)

Szybkie liczenie, czyli tabliczka mnożenia po japońsku

RSS Chciałbyś otrzymywać na bieżąco informacje o nowych artykułach dotyczących różnych metod nauki własnej, rozwoju umysłowego i osobistego? Subskrybuj mój RSS!

W ostatnich latach bardzo zyskały na popularności rozmaite metody szybkiego czytania. Czasu mamy ciągle tyle samo, a informacji coraz więcej i więcej… stąd rosnące zainteresowanie. Tylko dlaczego poprzestawać na czytaniu? Tym razem chciałbym zwrócić waszą uwagę na jedną z metod nauki (szumnie powiedziane) szybkiego liczenia zapożyczoną prosto z Japonii.

Od lat wiadomo, że Japończycy są bardzo sprawni we wszelkiego rodzaju arytmetyce. Wyniki różnych badań (zobacz przykładowy artykuł w Science, Vol 231, Issue 4739, 693-699 z 1986 roku), przypisują ten sukces metodyce nauczania matematyki stosowanej w japońskich szkołach. Przeniesienie całego systemu na nasz grunt jest najprawdopodobniej niemożliwe, ze względu na specyfikę tamtejszej kultury, jest jednak coś czego możemy spróbować… Spędzając lato w Jokohamie, podczas wieczornych rozmów z moimi gospodarzami dowiedziałem się interesującej rzeczy. Mianowicie dowiedziałem się jak wygląda nauka tabliczki mnożenia w japońskiej szkole.


 

School Creative Commons by mAt0s

Czy wiecie że, że dzieci w japońskich podstawówkach uczą się tabliczki mnożenia do dwudziestu (20×20), a nie tak jak my - do dziesięciu (10×10)? Na pierwszy rzut oka nie jest to nic nadzwyczajnego… ani nic szczególnie potrzebnego. Przecież od pokoleń nienajgorzej radzimy sobie z naszym systemem… ale tak czy owak zaintrygowało mnie to. Żeby uświadomić sobie różnicę, na początek spróbujmy coś policzyć:

  • Ile to jest 13 razy 18… hmm. Moment na zastanowienie… dziesięć razy osiemnaście to 180… plus trzy razy osiemnaście to 54. Razem daje 234. Trochę to trwało.
  • A teraz 11 razy 19… to jest łatwiejsze. 190 dodać 19 daje 209.

Sztuczki, sztuczki, sztuczki. Za każdym razem gdy próbujemy policzyć coś bardziej skomplikowanego odwołujemy się do sztuczek i rozmaitych kombinacji wpajanych nam od wczesnej podstawówki, np. tak jak w powyższych przykładach mnożymy najpierw dziesiątki.

A gdyby tak na modłę japońską opanować tabliczkę mnożenia w szerszym zakresie? Gdyby tak po prostu pamiętać że 13 razy 18 to 234? Znam przynajmniej dwa powody dla których warto spróbować.

  • Po pierwsze jest to fantastyczne ćwiczenie umysłowe. Elementarna matematyka jest jedną z rzeczy, których uczymy się we wczesnej młodości, a która towarzyszy nam przez całe życie. Wytycza swego rodzaju koleiny, którymi porusza sie cała nasza późniejsza “ścisła” edukacja. Czy może być coś bardziej stymulującego dla umysłu niż próba przetarcia zupełnie nowych ścieżek w zakresie jednej z najbardziej podstawowych życiowych umiejętności - liczenia?
  • Po drugie wzrasta szybkość wykonywania pamięciowych obliczeń matematycznych. Na ten moment, trudno mi ocenić jak znaczny jest to wzrost, ale w teorii zmiana powinna być zauważalna. W dawnych czasach wczesnych 8-bitowych komputerów typu Atari czy Commodore 64, maszyny te nie miały zbyt dużej mocy obliczeniowej, co nie przeszkadzało programistom w realizacji za ich pomocą całkiem skomplikowanych animacji 3D. Było to możliwe dzięki wykorzystaniu gotowej bazy wcześniej obliczonych wyników. Mnożenie, dzielenie, sinusy i cosinusy wykonywane na bieżąco zabierały cenne mikrosekundy. Natomiast kiedy komputer “znał” wyniki wcześniej, wszystkie te skomplikowane procedury przebiegały znacznie sprawniej. Poprzez analogię… “znajomość” wyników, może znacząco przyśpieszyć nasze własne obliczenia.

Trudno powiedzieć, czy poznanie szerszego zakresu tabliczki mnożenia może mieć znaczący wpływ na dalszy rozwój zdolności matematycznych. Jak dla mnie jest to zbyt śmiałe założenie, ale to nie znaczy, że nie musi pomóc. W dobie popularyzacji kalkulatorów, a potem komputerów tradycyjne obliczenia pamięciowe i na kartce stały się nieco passe. Warto jednak tak gdzie tylko to możliwe liczyć w pamięci… nawyk ten zagwarantuje sprawność naszego umysłu przez długie lata. No i przede wszystkim zapobiegnie obliczaniu na kalkulatorze działań typu 50 dzielone przez 0.5, co niestety kilka razy miałem okazję zaobserwować wśród studentów… Zaznaczam, że nie wynikało to z braku wiedzy czy umiejętności, ale z umysłowego rozleniwienia i nawyku do korzystania z zewnętrznej pomocy. Student nie zastanawiał się, czy to co liczy jest łatwe czy trudne… po prostu mechanicznie wprowadzał dane i odczytywał wyniki.

Tak czy owak, nie sądziłem że po tylu latach przyjdzie mi powtarzać tabliczkę mnożenia. Jeśli macie ochotę, spróbujcie sami i podzielcie się doświadczeniem!

Ściągnij tabliczkę mnożenia 20×20 (pdf).

Zobacz także:
Andrzej Solecki - Tabliczka mnożenia (@migotanie słów) - o tym jak uczyć dzieci tabliczki mnożenia.
Andrzej Solecki - Posłowie do tabliczki (@migotanie słów)

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS Subskrybuj RSS               Wydrukuj Wydrukuj        Komentarze (5)

Pierwsze kroki młodego pisarza

Dobry twórca przed przelaniem swoich pomysłów na papier, pozwala im odpowiednio długo dojrzewać w podświadomości, tak aby na poziom świadomości przedostawały się tylko te dobre i wartościowe.
Przy okazji wystąpienia na konferencji USENIX’03 amerykański pisarz science-fiction Neil Stephenson opowiedział interesującą i zabawną historię o tym jak napisał swoją pierwszą książkę. Zdarzyło się to w gorący, letni dzień w Iowa City. Neil miał wtedy regularną pracę, ale przeczuwał, że to właśnie pisarstwo może być dla niego tym właściwym zajęciem. Napisał próbkę - streszczenie fabuły, opis układu książki, biografie i opisy kilku przykładowych postaci - i zaczął wysyłać ją do wydawców, wyszukanych metodą chybił trafił w książce telefonicznej. Niestety przychodziło bardzo dużo odmów. W końcu, jeden z agentów stwierdził, że zaintrygowała go proponowana fabuła oraz postaci i poprosił o resztę powieści. Kiedy po krótkiej euforii powróciła rzeczywistość, Neil zdał sobie sprawę z faktu, nie było jeszcze żadnej powieści. Musiał ją dopiero napisać.


 

  Creative Commons by Mayr

Wykorzystując cały przynależny mu urlop i wypadające akurat święto niepodległości (4 lipca), Neil miał w sumie do dyspozycji całe 10 dni na napisanie swojej powieści. Wypożyczył maszynę do pisania, zaszył się w swoim pokoju i zaczął stukać. Wkrótce pojawił się jednak pewien problem. Maszyna do pisania wykorzystywała plastikową taśmę, a był to lipiec i w pomieszczeniu było bardzo gorąco, dlatego plastik zmiękł i zrobił się lepki. Jedynym rozwiązaniem zapobiegającym sklejeniu i zablokowaniu się taśmy było utrzymywanie jej w ciągłym ruchu. A jedynym sposobem utrzymywania jej w ciągłym ruchu było bezustanne naciskanie klawiszy. Neil nie miał więc czasu na jakiekolwiek przemyślenia. Musiał ciągle stukać w klawisze i pisać pierwsze rzeczy, które przychodziły mu do głowy, co wpłynęło na jego produktywność w sposób wręcz niewiarygodny.

Skończony maszynopis wysłał do wydawcy. Odpowiedź była wprawdzie negatywna, ale wydawca stwierdził, że praca jest mimo wszystko interesująca i choć on nie może jej wydać, to ktoś inny na pewno to zrobi. Koniec końców Neal znalazł odpowiedniego agenta, potem wydawcę i wreszcie opublikował swoją pierwszą książkę: The Big U. Był to rok 1984.

I tak właśnie zaczęła się kariera Neila Stephensona. Został zawodowym pisarzem oraz zaczął myśleć o swojej kolejnej książce. Aby móc o sobie powiedzieć, że nie jest pierwszym lepszym obibokiem, ale rzetelnym produktywnym rzemieślnikiem, postanowił wykorzystać jakiś system pisania książek. Zdecydował się na “metodę destylacji”. Mówi ona, że aby napisać książkę musisz zacząć od dużego, bardzo obszernego brudnopisu. Następnie go destylujesz, czyli przepisujesz, przycinasz, wyrzucasz kiepskie i mało wartościowe elementy, aż pozbędziesz się wszystkich słabych lub niedobrych fragmentów, a sam szkic nabierze rozmiarów właściwych dla powieści. Koncepcyjnie proces ten przypomina metodę robienia dobrej whiskey, z dużej ilości kiepskiego piwa, stąd nazwa.

Neil spędził więc kolejny rok pracując nas swoim szkicem. Kiedy wreszcie zaczął go destylować, dokonał dość ponurego odkrycia. Dobre fragmenty, były tak bardzo powiązane z olbrzymimi porcjami kiepskiego tekstu, że w praktyce było niemożliwe ich oddzielenie. Neil wpadł w panikę i szybko przepisał całą powieść na nowo, a następnie szybko ją opublikował, już bez zbytnich korekt edycyjnych. Częściowo było to możliwe dlatego, że nie trzeba było nic przycinać. Rozmiar powieści od razu odpowiadał docelowemu.

W tym momencie Neil uznał, że znalazł właściwy dla siebie pracy, mianowicie, że należy pisać “dobrze” już za pierwszym razem. Przy okazji odkrył też, że lepsze fragmenty powstawały w godzinach porannych, a te gorsze po południu. Dlatego zaadaptował nowy regulamin pracy: zdecydował, że będzie pisał tylko rano. Natomiast aby produktywnie wypełnić resztę dnia, będzie pomagał przyjacielowi jako robotnik budowlany. Koncepcja sprawdziła się zaskakująco dobrze. Fizyczna praca na budowie stała się polem do działania podświadomości. To w tym czasie rodziły się nowe pomysły. Niektóre z nich kolejnego poranka osiągały stan świadomych koncepcji, dzięki czemu mogły zostać zapisane i wykorzystane w powieści.

Neal Stephenson (z serii Authors@Google)

Neil odkrył jeszcze inną, bardzo pomocną technikę, którą nazwał metodą wiecznego pióra. Największą zaletą wiecznego pióra jest to, że pisanie nim jest… powolne. Pomysły zwykle pojawiają się szybciej niż jesteśmy w stanie je rejestrować na papierze lub klawiaturze. Dlatego stopniowo akumulują się w buforze podświadomości. Oczekując tam, wchodzą ze sobą w interakcje i się oczyszczają. Jeśli opróżni się swój bufor zbyt szybko, wtedy nie pozostawia się nowym koncepcjom wystarczającej ilości czasu na dojrzewanie. W efekcie otrzymuje się niedojrzałą twórczość. To dlatego z punktu widzenia jakości tekstu, tak ważne jest powolne lub wręcz odręczne pisanie. Trzeba jeszcze dodać, że Neil w podobny sposób myśli o prowadzeniu prezentacji za pomocą przygotowanych slajdów. W jego opinii własnoręczne pisanie na tablicy daje zarówno nauczycielowi jak i uczniom jakże istotny czas na gruntowne przemyślenie i zrozumienie zagadnienia.

Jakie można wyciągnąć z tego wnioski?

  • znaj swój cel - skoncentruj się od razu na pisaniu tego co powinieneś. Nie zakładaj, że jak napiszesz cokolwiek to potem coś się z tego wybierze. Zwykle cokolwiek jest słabej jakości i niewiele da się z tego wybrać.
  • znajdź optymalny dla siebie czas pracy umysłowej - niektórzy wolą mysleć rano, innym nadogodniej poźnym wieczorem. Ustal jak to jest w Twoim przypadku.
  • pozwalaj swoim pomysłom dojrzeć - wpadł Ci do głowy jakiś pomysł? Więc na jakiś czas “włóż go do szuflady” zanim podejmiesz akcję. Zdziwisz się, jak leżakowanie wpływa na sposób postrzegania. Nabierzesz dystansu, a przez to Twoje decyzje będą bardziej trafne.
  • ruszaj się i ćwicz - jeśli Twoja praca jest w przeważającej części umysłowa, odpoczynek powinien być jak najbardziej fizyczny. Nie spodziewaj się, że po całym dniu siedzenia przed komputerem nad analizami, wieczorem zrelaksujesz się sięgając po Hemingwaya. Niekoniecznie musisz pracować na budowie, ale nie zaszkodzi rozruszać trochę mięśnie.

Na podstawie notatek z prelekcji Neil’a Stephenson’a wygłoszonej na konferencji USENIX’03, znalezionych przeze mnie via Lifehacker.

Zobacz także:
Neal Stephenson - oficjalna strona pisarza

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS Subskrybuj RSS               Wydrukuj Wydrukuj        Komentarze (1)

Poczucie stagnacji

Udało Ci się! Osiągnąłeś wymarzony sukces. Przełamałeś barierę i udało Ci się zrobić coś co do niedawna było poza Twoim zasięgiem. Gratulacje! A teraz uważaj bo właśnie w tej chwili na Twojej drodze stanęło poważne zagrożenie.

Na czym polega problem?

Najpierw krótka historia z niejednego życia wzięta…

Od tak dawna myślałeś o tym żeby zacząć regularnie ćwiczyć. W końcu, w przypływie pozytywnej energii, a może na skutek krytyki piwnego brzuszka, zabrałeś się do roboty. Kupiłeś karnet na siłownię i zacząłeś pojawiać się na niej dwa razy w tygodniu. Było pięknie… choć nie bezboleśnie. Pierwszy tydzień to horror, bo przez zakwasy czułeś się jakby Cię ktoś całymi nocami okładał kijami. Potem było trochę lepiej. Po kilku tygodniach pojawił się pierwszy postęp – na ławeczce wycisnąłeś 10kg więcej! Sukces! Tak! To fantastyczne uczucie… czułeś się jak mistrz olimpijski. Szybka kalkulacja i już widzisz, że jeśli dobrze pójdzie to mniej więcej za rok podniesiesz 100kg! Dam radę, mówisz sobie. Szybko kupujesz kolejny karnet na kolejny miesiąc, zastanawiając się czemu nie sprzedają od razu na pół roku…


 

On Top of the World Creative Commons by  hodgers

Dwa tygodnie później wyczuwasz, że coś jest nie w porządku. Po miesiącu widzisz, że tkwisz w tym samym miejscu… nie udało Ci się wycisnąć kolejnych 10kg więcej! Zaczynasz być rozczarowany. Twoja motywacja spada… Do tego parę razy „wypada Ci coś ważniejszego”. Cały misterny plan treningu rozsypuje się jak domek z kart. Czujesz się rozczarowany (straciłeś czas bo to i tak nie działa), tworząc jednocześnie listę usprawiedliwień (do tego potrzeba mieć właściwe geny, jestem intelektualistą a nie sportowcem, itp.).

Brzmi znajomo? Jeśli tak to obawiam się, że osiągnąłeś plateau swojego rozwoju i wpadłeś w pułapkę poczucia stagnacji…

Zjawisko to oczywiście nie ogranicza się do ćwiczeń fizycznych, ale obejmuje rozmaite aspekty naszego życia, a już przede wszystkim te dotyczące kariery zawodowej. Powodów stagnacji i towarzyszącej jej rezygnacji może być wiele, ale zniechęcenie zwykle przychodzi niedługo po tym jak stracimy z oczu progres. Wprawdzie nigdy nie znika on całkowicie, ale tempo zmian spada tak mocno, że przyzwyczajeni do wcześniejszych szybkich zmian przestajemy dostrzegać jakikolwiek postęp. Dopada nas “szarość życia”, poczucie zniechęcenia i braku celowości, które są tym bardziej dotkliwe im szybciej i łatwiej przyszedł sukces.

Jak można temu przeciwdziałać?

Trzeba pamiętać, że praktycznie w każdej dziedzinie życia, pierwsze kroki stawia się stosunkowo szybko. W pewnym momencie jednak wspinaczka po kolejnych szczeblach zaczyna być problematyczna wymagając coraz więcej naszej energii i cierpliwości. Co gorsze, czasem ma się wrażenie cofania do tyłu! Wtedy przychodzi zniechęcenie, kiepski nastrój, a może nawet depresja.

Głowa do góry. To dzieje się ciągle i zdarza się każdemu. Twoja sytuacja nie jest wyjątkowa. Kilka razy zmieniałeś pracę bez problemu, a teraz nie przychodzi żadna odpowiedź na Twoje aplikacje? Napisałeś maturę albo skończyłeś studia i nie bardzo wiesz co ze sobą dalej zrobić? W takim razie wiesz o czym mówię… Ty i wiele innych osób.

Co zrobić? Przychodzą mi do głowy takie propozycje:

  • zmień sposób myślenia/działania - jeśli podejmujesz starania, a dotychczasowe metody nie przynoszą rezultatów lub Twój progres jest bardzo wolny, może powinieneś zastanowić się nad wprowadzeniem jakichś poprawek. Bądź proaktywny! Jedno jest pewne, dalej robiąc wszystko w ten sam sposób, uzyskasz te same rezultaty i nic się w Twoim życiu nie zmieni.
  • znajdź sobie nowe zajęcie lub hobby - skoro pierwsze kroki stawia się najłatwiej, wykorzystaj to. Zajmij się czymś nowym, a pierwsze sukcesy w nowej dziedzinie przywrócą Ci wiarę we własne zdolności do nauki i dalszego rozwoju.
  • zacznij trenować jakiś sport - szczególnie jeśli wcześniej się zaniedbałeś. Trening powoduje zwiększone wydzielanie się się endorfiny (tzw. hormonu szczęścia), przez co poprawia samopoczucie i dodaje wiary w siebie. Pomoże przetrwać trudne okresy. Polecam jogging.
  • weź urlop i porządnie wypocznij - może Twój stan jest najzwyczajniej w świecie efektem zmęczenia? W takim razie dwa tygodnie solidnego wypoczynku powinny zdziałać cuda.

Każdy z nas próbuje na swój własny sposób walczyć z stagnacją i przedłużającym się brakiem zauważalnych postępów. Zachęcam do podzielenia się własnymi doświadczeniami w komentarzach.

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS Subskrybuj RSS               Wydrukuj Wydrukuj        Komentarze (3)

Co jest celem “Twojego biznesu”?

Wg jednej z koncepcji rozwoju osobistego, każdy z nas jest właścicielem, prezesem, CEO swojego własnego, prywatnego przedsiębiorstwa: SIEBIE. Bez względu na to, czy na co dzień jesteś etatowym pracownikiem korporacji, właścicielem firmy, czy też może uczniem lub studentem, tak naprawdę całe życie pracujesz i podejmujesz decyzje, które zaważą przede wszystkim na Twojej przyszłości. Zarówno Ty, ja, jak i wszyscy dookoła staramy się dbać o “swoje biznesy” inwestując w siebie i bezustannie się rozwijając. Jednak prawdziwie skuteczne zarządzanie nimi wymaga jednoznacznego określenia co tak naprawdę chce się osiągnąć. Trzeba zdefiniować swój życiowy cel.

Jason Jennings o celach biznesu

Przyjrzyjmy się jak to wygląda w przypadku rzeczywistych firm i korporacji. Panuje powszechne przekonanie, że celem każdego biznesu jest robienie pieniędzy. Jason Jennings, autor książki “Less is More” dowodzi, że niekoniecznie jest to prawdą. Właściciele i zarządy opisywanych przez niego firm, uważają że pieniądze są produktem ubocznym funkcjonowania firmy. Wg tej koncepcji zyski z działalności (choć niezwykle ważne), są wypracowywane niejako przy okazji zaspokajania potrzeb klientów, a nie stanowią istoty istnienia firmy samej w sobie. Jennings, opierając się na analizach przeprowadzonych na potrzeby swojej książki oraz wcześniejszych pracach m.in. Petera Druckera oraz Therodora Lewitta, zaproponował więc taką oto ogólną definicję:

“Celem biznesu jest zdobycie, utrzymanie i wspomaganie rozwoju klienta.”

Wróćmy więc do idei ja = “moja własna firma”. Określenie i nabranie przekonania do własnego życiowego celu może zabrać trochę czasu. Nie zawsze też wybór będzie trafny. Może jednak będzie Ci łatwiej jeśli spojrzysz na siebie jak na jednoosobowe przedsiębiorstwo? Idąc tym tropem, na potrzeby rozwoju osobistego sparafrazowałbym powyższą definicję celu biznesu, w następujący sposób:

“Celem ‘Twojego osobistego biznesu’ powinno być poznanie, zrozumienie i wspomaganie rozwoju drugiego człowieka”.

W takim razie zadając raz jeszcze tytułowe pytanie… “co jest celem ‘Twojego biznesu’?”.

Wyraź swoją opinię

Subskrybuj RSS Subskrybuj RSS               Wydrukuj Wydrukuj        Komentarze (1)


« Poprzednie wpisy